Azymut Orient 2015

Udostępnij:
Share

logoKolejna impreza z serii po marcowym Złocie dla Zuchwałych. Po raz drugi rowerowa stówka stała się moim celem. Trochę żałuję, że nie udało się pogodzić startu na TP50 i TR100. Godziny startu nie były dogodne dla takiego połączenia, szczególnie przy tak bujnie rozstawionej trasie TP50 (co widać po czasach czołówki – nie było łatwo). Rower wyremontowany, nowy mapnik, pełne słońce i jedziemy!

Do bazy dotarłem jako pierwszy jeszcze przed jej otwarciem, nie mogłem się doczekać poznania okolicznych terenów. Po wytarganiu z bagażnika roweru pojechałem na krótką ~30 km przejażdzkę po okolicy, przy okazji zgarniając kilka geocaching-owych skrzynek. Zimno piwko o zachodzie słońca z bratem i szwagrem startującymi na TP50 i zasnąłem tak mocno, że przespałem ich start. Noc okropna dzięki uprzejmości okolicznych komarów bądź komarzyc. Rano szybkie przygotowanie i stawiłem się na start około 5.45, kiedy to normalni ludzie o tej porze w niedziele smacznie śpią (nie wiedząc nawet ile tracą 😉 ). Krótka, ale konkretna odprawa, najważniejsza w tak upalny dzień informacja – zapas wody i korekta lokalizacji na pkt12.Tak czy inaczej na starcie 2l izotonika w bukłaku i 1,5l w butelkach (tak czy inaczej okazało się zdecydowanie za mało)

Start –> 1 (22)

beznazwy

Punktualnie 6.00 ruszyłem, dość ostro. Na początek postanowiłem obrać bardziej asfaltowy i odsłonięty wariant – słońce miało nieźle przypiekać i wolałem najgorszy upał pedałować w lesie. Na początku obrałem wariant na pierwszych kilka punktów, dalej zaczynała się zabawa, którą chciałem organizować sobie na bieżąco.

O takiej porze panował bardzo przyjemny chłód, więc pedałowanie sprawiało czystą przyjemność. Puste ulice, ani żywej duszy na horyzncie. Przejazd baaardzo prosty, więc mogłem się spokojnie skupić na wyczuciu odległości, dokładnie pilnowałem każdego szczegółu mapy, żeby się wczuć w skalę, choć tak czy inaczej dojazd do krzyżówki z odbiciem na północ wydawał się jakoś zbyt długi, jednak bez problemu w niego zjechałem. Dojazd do punktu bardziej niż oczywisty, ale sam punkt wskazała mi solidnie wydeptana przez nocnych piechurów i rowerzystów ścieżka w gęstych krzaczorach. Punkt umieszczony w takim miejscu zapowiada tylko jedno – będzie ciekawie!

1(22) –> 2 (11)

2

Długi przełaj z oczywistą trasą. Na odjeździe z pkt 1 (22) pierwsza „awaria”. Pewna pszczoła postanowiła lecieć na tyle niefortunnie, że wbiła mi się żądłem w czoło, przy samym kasku i nie zamierzała wcale tak łatwo puścić. Przez jakieś 15 minut jazdy walczyłem z okropnym bólem, ale jakoś szybko użądlenie rozeszło się „po kościach”. Sam punkt znowu w nie tak oczywistym miejscu, jakby się wydawało. Całe szczęście, że dostaliśmy  na osobnej zalaminowanej kartce bardzo dokładnie opisy punktów, bez tego byłoby ciężko.

2 (11) –> 3 (21)

3

Jedzie się, aż miło. Po drodze koguty zaczynają piać na pobudkę swoim gospodarzom, fragmentami baaardzo intensywnie pachnie naturalnym nawozem na polach, co dodaje uroku wręcz nudnym, polnym przejazdom. Przejazd przez Świekatowo bez patrzenia na mapę, bo akurat ten fragment odwiedziłem dzień wcześniej, dalej trochę mi się trasa dłużyła, ale bez problemu dotarłem do kapliczki, przy której był punkt. (Tak nawiasem, ciekawym urozmaiceniem było użycie nietypowych dziurkaczy w kształcie zwierząt jako potwierdzenia PK).

3 (21) — > 4 (16)

4Na tym odcinku skończył się rozgrzewkowy, oczywisty fragment trasy, zaczęła się zabawa w warianty. Przechodziło mi przez myśl złapać przy okazji punkty na południe od wsi Sucha, ale postan.owiłem zostawić je na koniec, jako że były dość blisko bazy. Przemawiała za tym prosta matematyka połączona z nietypowym regulaminem – 1 minuta spóźnienia – 1 pkt kary, a za każdy pominięty punkt 30 minut kary. Przekraczając o 29 minut limit czasu na zdobycie jednego punktu – i tak wychodzimy na plus. Jakoś tak dobrze jechało mi się z góry do Suchej, że przegapiłem zjazd na zachód, szybka korekta i trafiłem w okolice pkt 16, który bardzo łatwo było przegapić, bo wisiał z 50 metrów od drogi przejazdowej.

4 (16) –> 5 (24)

5Zabawa czas start :-). Pomysłów setki, a punkt 24 i 4 najchętniej wyrzuciłoby się z mapy. Dojazd na pkt 24 dość prosty, ale poświęciłem ~15 minut na kilkakrotne zjazdy z drogi na ocenienie, jak szeroki w tym miejscu jest zalew (myśl o przepłynięciu wpław do punktu). Rozsądek wziął jednak górę i postanowiłem nie ryzykować, tym bardziej że słońce już dawało we znaki, a do tego pływakiem najlepszym to ja nie jestem. Dojazd w okolice pkt 24 bezproblemowy, ale na miejscu krążyłem jakies 15 minut w poszukiwaniu punktu – szukałem za blisko. Pocieszające, że nie tylko ja nie wpadłem na to, żeby pojechać tak daleko w las drogą, która kierowała idealnie na punkt. Tu po raz pierwszy spotkałem Adriana Nikocewicza, którego później co chwilę spotykałem w lepszych i gorszych fragmentach trasy (jak się później okazało – wygrał, obierając prawie identyczny wariant trasy – gratuluję!).

5 (24) –> 6 (4)

6Jak się okazało po fakcie – najważniejszy chyba przejazd na trasach rowerowych. Jadę sobie na zachód z nadzieją spotkania pięknej prostej przecinki północ – południe, a tu dupa. Ani przecinki, ani ścieżki. To co na mapie, a to co w rzeczywistości to jakieś kompletne nieporozumienie. Konieczny wyjazd za mapę (tak mi się przynajmniej wydaje). Na tym odcinku niestety padła mi bateria w telefonie i nie jestem w stanie odtworzyć dokładnej trasy. Szybka jazda jakąś niewiadomą drogą, jedyne co pozostało to bieżąca kontrola azymutu – byleby na południe do rzeki!. Ścieżka zmieniła się w piaszczyste „coś”, potem w piaszczyste „nic”, żeby przekształcić się w kompletne „nic”. Rower na ramię i biegiem na południe. O dziwo, zgodnie z planem dotarłem do rzeczki. Dość długą ją przechodziłem, bo zimna woda po kolana przy palącym już słońcu jest niesamowicie przyjemna. Jeszcze tylko jakieś 300 metrów pokrzyw i innych bolących mnie roślin i dotarłem do drogi prowadzącej w okolice pkt 4. Cała ta przedzieranina to nic (na mecie ktoś z TR180 wspomniał, że ten przejazd zrobił w 3,5 godziny!), bo będąc już przy pkt 4 zaczęło się czesanie lasu. Miejsce na 100% pewne, a punktu nie ma. I tak przez jakiś nieokreślony czas człowiek krąży i krąży, aż w końcu po konsultacjach z innymi zawodnikami stwierdza, że punktu po prostu nie ma. Na zrobienie zdjęcia baterii w telefonie zabrakło, ale poprosiłem któregoś z zawodników TR180, żeby w razie co zapamiętał mój numer startowy i potwierdził, że tam byłem.

6 (4) –> 7 (2)

7

Po tak długim przebiegu na punkt ciężko wrócić do dobrego tempa, domotywacji i do orientacji, ale przejazd do pkt 2 okazał się dość prosty, chociaż trochę za wcześnie odbiłem na południe, a zmylił mnie jakiś jezioropodobny punkt. Wraz z Adrianem naprzeklinaliśmy na zły opis punktu, ale później przeglądając na spokojnie trasię i opisy zauważyłem, że po prostu odczytaliśmy zły punkt (szukaliśmy drzewa przy głazie na końcu alei drzew).

7 (2) –> 8 (14)

8

Tutaj nastąpił największy dylemat. Czy jechać na prom i zrobić pkt 8, 10 i dalej rozbić południową część trasy, czy po wymęczeniu na ostatnich punktach odpocząć na długim asfaltowym przejeździe. Już nawet ruszyłem asfaltem na północ, ale w ostatniej chwili postanowiłem zawrócić i ruszyć przez Koronowo na pkt 14 (obawiałem się, że stracę dużo czasy na przeprawie promowej). Na tym długim asfalcie można było spokojnie uzupełnić płyny, zjeść kilka lionów/snickersów i zaplanować dalszą trasę. Już w tym momencie wiedziałem, że będzie trzeba któryś punkt ominąć – padło na pkt 3, który miał dojazd i odjazd po asfalcie. Słońce tak grzało, że nie miałem ochoty na asfaltowe trasy. Zacząłem tutaj dawkować sobie picie, bo powoli się zaczęło kończyć, ale wiedziałem że za kilkadziesiąt minut uzupełnię bukłak. Przejazd przez Koronowo okropny, kilka odcinków nieprzepisowo pod prąd, ale trzymałem azymut nawet tutaj. Uprzejma pani podpowiedziała, jak dotrzeć na most kolejki wąskotorowej, a sam punkt o dziwo znalazłem bez problemu, choć widziałem 3 zawodników przeczeszujących pobliskie krzaki (tutaj akurat opis punktu mijał się z rzeczywistością, bo punkt nie był dokładnie w opisanym kierunku).

8 (14) –> 9 (12)

9

Szybki, łatwy, ale okropnie męczący asfaltowy przejazd. Słońce w pełni, drzewa tylko na pierwszych kilometrach, ale świadomość możliwości uzupełnienia wody przy punkcie była bezcenna. Trasa prowadziłą elegancką drogą rowerową. Przy samym punkcie przeczesałem kilka drzew zanim przypomniałem sobie słowa organizatorów, że punkt jest przeniesiony w pobliskie krzai. Uzupełniłem 2l wody w bukłaku, 1,5l w butelkach, odrobina wody na siebie i jazda dalej!

9(12) –> 10 (9)

10

Zjazd z drogi rowerowej do Koronowa w kierunku pkt 9 obserwowałem już podczas drogi do pkt 12, dzięki czemu mogłem znowu trochę odpocząć. W takim słońcu potrzebny jest odpoczynek zarówno fizyczny, jak i psychiczny – słońce dosłownie uderza do głowy zaniżając wszelkie oznaki spostrzegawczości i logicznego myślenia. Tutaj trasa odrobinę mi się dłużyła, ale pilnując kierunku na kompiasie, bez problemu trafiłem na odpowiednią przecinkę prowadzącą prosto do punktu. Po drodze pojawiła się chwila zwątpięnia, kiedy natrafiłem na ruchliwą asfaltową trasę, wystarczyło jednak pamiętać, że mapa nie jest szczególnie aktualna…

10(9) –> 11 (6)

11

Przy pkt 9 kolejne spotkanie z Adrianem, który był zaskoczony, że w tym czasie zgarnąłem pkt 12. Wspólnie daliśmy ile sił w nogach na północ i dalej żółtym szlakiem turystycznym wzdłuż brzegu jeziora aż w okolice punktu. Tutaj się rozdzielilismy, ja obszedłem naokoło właściwe jeziorko zaliczając punkt, a współtowarzysza już do końca trasy nie miałem okazji zobaczyć,

11 (6) –> 12 (7)

12

Powrót z pkt 6 tą samą trasą co dojazd, jednak już samotnie. Szybko natrafiłem na odpowiednią, ale piaszczystą przecinkę prowadzącą prosto na pkt 7. Niestety spotkałem się z ogromną ilością miękkiego piachu, przez co moje pół-miejskie opony ledwo dały radę i musiałem dłuższe odcinki prowadzić rower. Na tym przejeździe byłem już w pełni świadomy, że liczą się minuty, żeby zdążyć na metę w limicie 8 godzin.

12 (7) –> 13 (5)

13

Na tym odicnku słońce najbardziej dało się we znaki. Mimo zaplanowanego wariantu omijającego w końcowej części pola, musiałem znowu wystawić swoją okaskowaną głowę na pełny jego żar. Picia koniec, zaczynają się problemy ze skurczami, zaczynam widzieć dziwne rzeczy na poboczu – jest źle. W miejscowości Stronno poświęciłem chwilę na zakup dwóch 0,5 – litrowych butelek pepsi (serdeczna pani przede mną postanowiła zrobić zakupy na cały dzień, co niezbyt mnie zadowoliło, kiedy liczyłem już każdą minutę). Jakieś 2 minuty po wyjeździe ze sklepu wypiłem najpyszniejsze 500ml picia, jakie kiedykolwiek miałem okazję! Dawka cukru i wody dodała sił i nie patrząc na skurcze, smignąłem asfaltem w kierunku punktu. Zbyt szybko odbiłem z asfaltu w prawo i musiałem drałować wyboistą droga pożarową. W Starym Jasińcu skorygowałem błąd, ale znowu niepotrzebnie zmarnowałem siły na jazdę po „tarce”. Żeby nie było zbyt kolorowo – minąłem punkt i musiałem się cofnąć jakies 500 metrów.

13 (5) -> 14 (8)

14

Wyścig z czasem już w pełni. Zostawiłem pkt 8 i pkt 10 właśnie na sam koniec, żeby mieć już blisko do mety. Ile sił w nogach zjechałem ze Starego Jasińca, dalej bez zastanowienia i patrzenia na znaki pierwszeństwa przejazdu śmignąłem w kierunku punktu. Na początku szukałem go jedną krzyżówkę za szybko, ale szybka korekta pozwolła błyskawicznie zaliczyć punkt.

14 (8) -> 15(10)

15

Wyjeżdzając z pkt 8 miałem czas co do minuty wyliczony w limit. Pkt 10 wydawał się banalny, ale w takim pośpiechu, niedostatecznym skupieniu zrobiłem ogromnego babola i pojechałem nie tam gdzie trzeba, skrupulatnie omijając skrzyżowanie z punktem kontrolnym. Po nieefektywnym przeszukaniu pobliskich skrzyzowań poddałem się i ruszyłem w kierunku mety.

15 (10) –> meta

16

Dojazd do mety bardziej niż oczywisty. Walczyłem z czasem, ze skurczami, z mrowieniem, z upałem, z odwodnieniem, z przesileniem organizmu i z samym sobą. Do mety dojechałem 7 minut po limicie czasu. Okazało się, że rywal spotykany co chwila na trasie – Adrian, skończył trasę z takim samym wynikiem jak ja, ale około 20 minut szybciej (ominął pkt 12 i pkt 70), ja ominąłem pkt 3 i nie znalazłem pkt 10. Trasa zakończona na drugim miejscu, choć było bardzo blisko zwycięstwa, mam nadzieję na rewanż :-).

Najbardziej we znaki dała pogoda. Pełny upał, niedomiar picia przy ponad 100km wycieczce po niełatwym terenie daje w kość. Cały kolejny dzień próbowałem się jakoś z tego stanu wykaraskać, ale nie było łatwo.

Dziekuję organizatorom za twórcze wymyślenie tras, przepyszny obiad na mecie, dobrej jakości mapy, świetne dziurkacze, obfite nagrody, za wspaniały klimat i serce włożone organizację tych zawodów. Obiecuję, że będę stałym bywalcem na Waszych zawodach.

Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *