Harpagan 47

Udostępnij:
Share

logoHarpagan-47. Trzeci rok z rzędu wybrałem się na tą imprezę. Dwie poprzednie wiosenne edycje ukończyłem na stukilometrowej trasie pieszej. Trzecie podejście do tej samej trasy nie było już tak fascynujące, dlatego zapisałem się na trasę mieszaną – 50km pieszo+100km rowerem.

Zmotywowany wynikami na jesiennym Szago wiedziałem, że jestem w stanie ukończyć trasę. Odniesieniem był wynik na rowerowej 50 z Szago i samopoczucie na pieszej trasie na tych samych zawodach parę godzin potem. Była moc!
Na zawody zapisałem się już parę miesięcy wcześniej, dopiero później decyzję podjął mój brat Krzysiek i Szwagier Łukasz. Oni jednak zapisali się ponownie na pieszą setkę (Krzysiek skończył ją już 2 razy na H-43 w Czarnej Wodzie, H-45 w Kolbudach, a Łukasz raz, na kilkanaście minut przed upływem limitu czasu na H-46 w Kwidzynie). Tak jak na poprzednich startach, wziąłem udział bez przygotowania. Na jesieni wziąłem tylko udział w dwóch półmaratonach, wystartowałem na Szago i codziennie dojeżdzałem rowerem na uczelnię.

Podróż przebiegła bezproblemowo. Standardowo z Krzyśkiem wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie po pracy/zajęciach z Bydgoszczy, po drodze wstępując do Grudziądza po Łukasza. Na miejsce dotarliśmy sprawnie, mając sporo czasu w zanadrzu, więc na spokojnie można było spakować się na pierwszą pętlę. Świętem byłoby, gdybym czegoś nie zapomniał (Manewry – czołówka, Szago – Karimata), teraz przyszła pora na bukłak. Upchałem jakoś w plecak kilka butelek picia, kilka batonów, bananów. Zostało „tylko” przygotować rower na drugą pętlę. Po podróży trzeba go było zmontować w działającą całość. Normalnie zajmuje to 10 minut, ale nie teraz. Podczas podróży w bagażniku solidnie rozregulowały się hamulce, a zamontowanie mapnika po zmroku okazało się nie tak proste jak za dnia. Wyrobiłem się w miarę w czasie i o 20.45 mogłem wyruszyć na boisko, gdzie wydawane były mapy na pieszy etap.

Plan był prosty, na pierwszej pętli zasuwam ile wlezie, żeby na spokojnie zdążyć na masowy start etapu rowerowego (start o 7.00). Przed rozdaniem map pożegnałem się z Krzyśkiem i Łukaszem, poszedłem w swoją kolejkę i ruszyłem. Od samego początku biegiem, czułem moc w nogach, jak nigdy.
START – PK1
Po starcie byłem w kompletnym tyle stawki, ale szybko przedostawałem się na co raz to wyższe miejsce. Na PK1 skręciłem trochę za szybko razem z paroma osobami lawirując po pobliskich wzgórzach dość sprawnie, ale naokoło, dotarliśmy do PK1 w okolicach pierwszej dziesiątki (licząć zawodnikow z pieszej setki i z trasy mieszanej, pierwszą pętlę mamy identyczną).

PK1-PK2
Tu zaczęła się zabawa. Wariantów na PK2 tyle, ile uczestników Hasrpagana. Twardo zasuwałem swoim wariantem, początkowo za mną biegła grupka ludzi, jednak z każdą minutą stawała się co raz to mniejsza. Mapa ni jak nie zgadzała się z terenem, jednak zamierzony kierunek w miarę się zgadzał. Przebieg był na tyle niejasny, że trzeba się było opierać wyłącznie na kierunku biegu, pokryciu ścieżek na mapie z terenem nie można było zaufać. Biegnąc „na czuja” sporo nadrobiłem, ale udało się dotrzeć do asfaltu mniej więcej w połowie przebiegu. W grupce kilku osób wielka dyskusja, każdy pokazywał inne miejsce, gdzie potencjalnie jesteśmy. Po cichej  naradzie z nieznanym brodatym kolegą, pewnie ruszyliśmy w kierunku przecinki prowadzącej praktycznie na sam punkt. Część towarzyszy pobiegła za nami, a część dalej kombinowała (już ich potem nie widziałem). Dalej już dojście na punkt było pewne.

PK2-PK3
Z PK2 bez dłuższego zastanawiania się ruszyłem pewnym wariantem na PK3. W pewnym momencie mapa przestała mi się zgadzać z terenem. Jak się po chwili okazało, nie tylko mi coś się nie zgadzało. Z około 10-osobowej grupki, jeden gościu był tylko pewien gdzie jest, przynajmniej przez chwilę. Potem wspólnie zasuwaliśmy „mniej więcej” w kierunku punktu, przy czym nikt nie był pewien gdzie jesteśmy. Na punkt naszliśmy dziwnie, od tyłu, na szczęście nie tracąc zbyt wiele czasu, chociaż do samego końca mapa była mało pomocna, tutaj bardziej przydała się intuicja i szacowanie odległości.

PK3-PK4
Bardzo prosty i oczywisty przebieg. Doznałem szoku, że jednak w tym lesie dużo szczegółów zgadza się z mapą, wcześniej widocznie nieźle zamotaliśmy – nie ma co zwalać na mapę. Okazało się, że całe tumany zawodników obrało tą trasę jako dojście na PK3 (bardzo dobry wybór!). Mijałem kolejne lampki napierające z naprzeciwka, co jakiś czas pytające się, czy daleko do punktu. Na PK4 dotarłem bez problemów, z góry widząc skupisko czołówek. Teren wydawał się znajomy i nic w tym dziwnego, bo przedzieraliśmy się tędy z PK1 na PK2 (nigdy bym nie wpadł na to, że byłem w tym akurat miejscu). W tamtym czasie punkt nie był jeszcze niestety rozstawiony, a to znacznie ułatwiłoby orientację.

PK4-PK5
KOSZMAR! Odległość między punktami – 6,2km, czas – 2 godziny. Czołgając się byłoby szybciej… Wariant początkowo oczywisty. W momencie kiedy mapa przestała się zgadzać, obrałem odpowiedni azymut i napierałem przez krzaki, byleby prosto. Straciłem sporo czasu do grupki z której ruszałem z PK4, ale zasuwając PK1 (już nieczynny, aż dziwnie tu pusto), prostą drogą do Jeżowskiej strugi nadrobiłem sporo czasu, dogoniłem grupkę, a wśród niej Jarka Bartczaka (mój zdecydowany autorytet, prześcignięcie go na takim etapie biegu było dla mnie ogromnie motywujące).. Tempo było ostre, pare osób zostało w tyle. Przy rzeczce były do obarnia dwa warianty, zaufałem swojej dokładnej orientacji wyniesionej z biegów na orientację i zasuwałem po rzeźbie terenu ciągnąc za sobą 5-6 osób. Nie zauważyłem na mapie jednej ścieżki i przekonany, że to ścieżka na której jest punkt, zasuwałem na pewniaka. Potem okazało się że to na pewno nie to miejsce. I tak minęła godzina, gdzie całą zgrają błądzilismy w okolicach punktu. Dopiero po śladzie GPS widzę, że wystarczyło iść kilkaset metrów dalej w obranym kierunku i wbilibiśmy się idealnie na punkt. Tu nastąpił moment, kiedy nie miałem zielonego pojęcia gdzie jestem, poszedłem za tłumem i za wskazówkami innych biegaczy, w tym Jarka, który już leciał w kierunku PK6. Dojście do punktu drogą okazało się wręcz oczywiste.

PK5-PK6
Z PK5 szybki przebieg w kierunku mostku nad rzeką Łebą w Paraszynie. Zupełnie samotnie, po przebiegu przez rzekę najście na punkt wydawało się oczywiste. Zakola rzeczki jednak mnie zgubiły i wbiegłem pod górę zdecydowanie zbyt wcześnie. Krążąc po okolicznych wzgórzach, pomiędzy poprzewalanymi drzewami, szukałem najwyższego wzniesienia. I nic, ani ludzi, ani punktu, ani ścieżek. Wróciłem na drogę biegnącą wzdłuż rzeki i ponownie, tym razem poprawnie, naszedłem na punkt od dołu (okropne podejście, między gęstymi iglakami, w błocie i z nachyleniem na pewno przekraczającym 45 stopni). Na górze, przy punkcie, obsługa uraczyła mnie butelką wody (ich ostatnia butelka, za co jestem niezmiernie wdzięczny, bo picia zdecydowanie mi brakowało).

PK6-PK7
Czas uciekał nieubłaganie. Do tej pory popełniłem juz tyle błędów, że chcąc dotrzeć na 7.00 na przepak, musiałem nieźle zasuwać. Na szczęście dobieg na PK7 okazał się aż nudnie prosty. Biegłem kompletnie sam, odcinkami maszerując, bo nogi już dawały odczuć, że nie są niezniszczalne. Dojście do punktu już bez włączonej czołówki, robiło się jasno.

PK7-PK8
Oczywisty wariant był na tyle oczywisty, że go spartoliłem. Mimo wszystko, wyszło całkiem dobrze. Dobieg z dłuuuuuugiej górki (kilka km non stop w dół), przejście przez rzekę, które na szczęście istniało (obawiałem się tego, po H-43 w Czarnej Wodzie, gdzie na mapie widniał most, którego w terenie ze świecą szukać…). Końcówkę dojścia chciałem sobie skrócić, napotkany towarzysz obrał inna trasę – lepszą. Jak to w życiu bywa, skrót okazuje się najdłuższą drogą. Na czuja doszedłem do podnóży górki na której był ostatni na trasie pieszej punkt kontrolny.

PK8-PRZEPAK
Na PK8 byłem o 6.28. Postawiłem sobie za cel dotrzeć na metę przed 7, żeby jak najmniej czasu stracić przed startem trasy rowerowej. Podświadomie czułem, że z tą drugą pętlą to może nie być tak wesoło, bo nogi już ledwo dawały radę. Zasuwałem ile sił w nogach na przepak obierając jako jeden z niewielu wariant na szage przez pole, wyrobiłem się na 5 minut przed zamierzonym czasem.

TRASA ROWEROWA
Przepak, przebranie się w ciuchy na rower zajął mi ok 40 minut, nawet nie wiem kiedy ten czas minął. O 7:36 pełen ambicji, ruszyłem na rowerową setkę. Brak doświadczenia w rowerowych zawodach dał we znaki już podczas pierwszego dojazdu do punktu. Obrałem trasę dobrą dla piechurów, a nie dla roweru. Potwierdzeniem tego jest to, że całą trasę do pierwszego punktu przebyłem w takim samym czasie co własnie idący równo ze mną piechur. Podejście pod górę wśród krzaczorów z rowerem na ramieniu bardzo mnie zdemotywowało, poddałem się już przy szukaniu pierwszego punktu (PK20). Już w tym miejscu się poddałem i trasę pokonywałem typowo turystycznie, omijając niepewne i trudne punkty. Za nowy cel obrałem sobie dojazd nad jezioro przy PK19 i powrót. Po drodze złapałem kilka punktów, (12, 10, 13, 14).
Żeby nie było za przyjemnie, to nawet podczas powrotu z PK19 do mety, pogubiłem się kompletnie przez brak skupienia i kompletne już wyluzowanie. Zasuwałem pieszo przez jakieś bagna i rzeki, ledwo utrzymując na barkach rower. W końcu dotarłem do jakiegoś asfaltu i z pomoca zawodników z krótszych tras, znalazłem drogę do mety. Końcówkę zasuwałem z prędkością >30km/h. Nie dałbym rady tyle z siebie wycisnąć, gdyby nie zbliżający się koniec czasu. Wiedziałem, że i tak jestem tego dnia przegrany, ale sprawą honoru było zmieścić się w limicie czasu. Finish na miarę Cavendisha podczas Tour de France, ale niestety dostałem jeszcze 2 pkt karne za 1min. i 9 sekund spóźnienia przy łącznym czasie na trasie 18h,..

Urok trasy mieszanej jest taki, że ponad połowa zawodników, po 18 godzinów zasuwania po lasach, polach, bagnach, zjeżdza się na metę w przeciągu dosłownie kilkunastu minut.Po przekroczeniu mety można na świeżo wymienić parę zdań na temat na trasy, zjeść razem posiłek regeneracyjny i napić się upragnionego zimnego piwka. Niestety tym razem komentowałem trasę jako przegrany, przy czym tylko Marcinowi Owczarskiemu udało się zdobyć tytuł Harpagana na trasie mieszanej w tym roku, polegli i Jarek Bartczak i Radek LIterski, zajmując tak czy inaczej miejsca na podium.

Po krótkiej drzemce i skrótowej sms-owej relacji z TP100, wyszedłem przed szkołę wyszukać finiszujących chłopaków. Ledwo żywi, ale dali radę i to w całkiem niezłym czasie skończyli pieszą setkę. Tym razem podczas rozdawania medali mogłem spokojnie spać, nie trzeba było niestety wstawać po odbiór wymarzonego kawałka metalu.

Ta edycja Harpagana nauczyła mnie pokory. Byłem zdecydowanie zbyt pewny siebie, popełniłem kardynalne błędy na pieszej pętli, przez co straciłem jakieś 2-3 godziny, co potem odbiło się i na swobodzie jazdy na rowerze, jak i na siłach. Po prostu brakowało pary w nogach. Za pół roku powtórka, nauczony błędami przeszłości, będę walczył o dziurę w kształcie litery H w kawałku metalu, która jest najlepszą nagrodą jaką można dostać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *