Harpagan – 52

Udostępnij:
Share

Harpagan – legenda orienteerskim światku. To najbardziej kultowa i największa taka impreza, obecna w kalendarzu już od 27 lat. 2 razy do roku około 1000 przeróżnych ludzi spotyka się w jednym miejscu, żeby pobiegać, pomaszerować i pojeździć po okolicznych lasach. Bardzo długo zastanawiałem się, czy pojechać, czy siedzieć z żoną w ciepłym domu… Przecież na dworze zimno, ma wiać, może padać, tydzień temu biegałem przecież „pięćdziesiątkę” na Jurajskiej Jatce, a do tego wszystkiego w nocy ma być ciemno. No dobra, jadę!

Tytuł Harpagana otrzymują zawodnicy, którzy ukończą trasę pieszą 100km w limicie 24h, trasę rowerową 200km w limicie 12h lub trasę mieszaną 50km pieszo + 100km rowerem, łącznie w 18h. To moja czwarta wizyta na Harpaganie, na trzech poprzednich startach udało się zdobyć dwa tytuły. Zaczęło się od TP100 w Czarnej Wodzie w 2013 roku. Oj nigdy tego nie zapomnę… Potem TP100 na H-45 w Kolbudach – żeby zatrzeć łzy po przeżytych w cierpieniach pierwszym razie i TM150 w Bożempolu… Bożypolu… Bożepolu? W miejscowości Bożepole Wielkie, żeby spróbować czegoś nowego. Dwie TP100 zakończone sukcesem, TM150 niestety nie skończona. I to mnie przekonało do wystartowania w tegorocznej jesiennej edycji – trzeba skończyć tą TM150.

Szczerze powiedziawszy, jestem dość sceptycznie nastawiony do tej imprezy, pomimo jej kultowego charakteru. Zdecydowanie bardziej lubię kameralne imprezy, nie ilość się liczy a jakość. Pierwsze wyzwania zaczęły się już przed startem – dotrzeć na salę/noclegownię dziwacznym labiryntem korytarzy, znaleźć przechowalnię rowerów. Oba wyzwania na szczęście zakończyły się sukcesem i można było skupić się na sportowej części zawodów.

W piątkowy wieczór, kilka minut przed 21, kilkaset zapaleńców postanowiło odebrać swoje mapy, włączyć czołówki dumnie dyndające na głowach, spojrzeć w kompas i równo o 21 wystartować w ciemny i zimny las. Też wybrałem taki rodzaj weekendowej rozrywki. Po co w nocy spać, jak można biegać? Nie rozumiem…
14692018_10205467396484263_7920871656991027971_o

Od razu miałem nastawienie na dość mocne zasuwanie na pierwszej pętli. Trasa mieszana ma to do siebie, że start etapu rowerowego jest o 7 rano. Dlatego im szybciej uporam się z etapem pieszym – tym będzie więcej czasu na odpoczynek i przygotowanie się do trasy rowerowej. Po sygnale startu wybiegłem z pierwszego rzędu dość oczywistym wariantem na PK1. Przede mną tylko Jarek Bartczak, też z trasy mieszanej. Przy niecałej połowie dobiegu do PK1 pojawiło się kilku innych biegaczy, którzy jednak obrali jakiś inny wariant. Razem dobiegliśmy do torów i dalej wydawało się być łatwo – droga przy jeziorze prawie do samego punktu. Jednak po drodze coś się zaczęło nie zgadzać – jedni w lewo, drudzy w prawo. W małej grupce dobiegliśmy na jakąś plażę, na której nie chcieliśmy być. Kawałek przez krzaki i wróciłem na dobrą drogą. Przed samym punktem znowu przestało się wszystko zgadzać, ale jakoś udało nam się odnaleźć i po lekkim podbiegu jest – PK1, a przy nim pusto, czyli prowadzimy. PK1 podbijam jako… pierwszy.

Przebieg na PK2 bez większych przygód. Gdzieś w połowie przebiegu trzeba było pobiec na czuja „mniej więcej w tym kierunku”. Tutaj już tylko kilkuosobowa czołówka nieznacznie się rozdzieliła, żeby po kilku minutach znowu się spotkać na dalszym dobiegu do PK2. Punkt ten podbijamy w 6 osób i razem też zasuwamy na PK3.

PS. Przepraszam za jakość map, ale udostępnione zostały jedynie mapy z zaznaczonym optymalnym (czasem tak nie do końca, to swoją drogą) wariantem trasy, na facebookowym profilu, mimo pytań zawodników, zapowiedziano, że nie dostaniemy do wglądu „czystej mapy” – bez tej grubej czerwonej krechy, z samymi punktami…
s-1-2

Na PK3 wariant dłuższy, ale pewny i szybki. Dopiero przy samym punkcie coś zaczęło się nie zgadzać. Drogi, które są na mapie – nie istnieją w rzeczywistości, a te które istnieją – nie za bardzo są do znalezienia na mapie. Wychodzą uroki map z przed około 25 lat. Po okrążeniu punktu w końcu dotarliśmy na dobrą drogę i znowu podbijam punkt jako pierwszy… Prowadzenie na Harpaganie, miłe uczucie.

Tempo do PK3 wynosiło około 6min/km. Trochę bardzo za mocno, ale obrałem taktykę podsłyszaną na poprzednim przebiegu „zasuwam ile wlezie, a jak siły się skończą, to będę martwił się później”. Siła woli na końcówkach potrafi czynić cuda, to już wiem.

Na asfaltowym odcinku przebiegu do PK4 nasza grupka się rozdzieliła – trzech zawodników z TP100 i jeden „mieszaniec” polecieli do przodu, natomiast ja z Bartkiem Gronowskim postanowiliśmy przystopować i obrać swoje własne tempo. Jak się potem okazało, razem dobiegliśmy aż do końca pieszej pętli. Na PK4 wbiegamy kilka minut po liderach
2-3-4

PK5 prosty, wręcz nudny – cały czas wzdłuż jeziora. Księżyc ładnie rozświetlał noc, więc nawet można było zobaczyć ładny kawałek ładnego jeziora na samym pograniczy Parku Narodowego Bory Tucholskie. Dobiegając do PK5 spotykamy znowu prowadzącą czwórkę. Chłopacy lecą już na PK6, czyli dalej mają tylko kilka minut przewagi, ale ich tempo nie dawało złudzeń – są nieosiągalni.

Podczas przebiegu na PK6 dogania nas Marcin Hippner (ostatecznie czwarty na TP100). Znowu trochę przez krzaki, „mniej więcej tam”, byleby dobiec do asfaltu, a potem do grubej drogi, a dalej już prostą drogą pod sam punkt. Skręcamy trochę za szybko i lekko zdezorientowani, niepewni, ale korzystając z rzeźby terenu która w tym miejscu była wyjątkowo wyraźna, sprawnie wchodzimy na punkt.
4-5-6

6 punktów za nami – 30km w nogach. 3 przed nami, czyli zaczęły się okropnie długie, nudne, typowo harpaganowe przebiegi na zasadzie „5km prosto aż do drogi/asfaltu/torów”. Tu nie było inaczej. Dobiegliśmy północną stroną jeziora do drogi, którą dotarliśmy aż pod sam PK7. Przed samym dojściem do punktu zniosł nas trochę na zachód, ale szybko skorygowaliśmy wariant i znaleźliśmy punkt. Tutaj, czując już niezły ból, postanowiliśmy na chwilę usiąść, zjeść coś konkretnego w postaci kabanosa, batona i żelu, zapić wodą i ruszyć dalej. Nie ma co za długo siedzieć, bo potem człowiek się jeszcze gorzej rusza.
6-7

Odbiegając od PK7, na krzyżówce spotkaliśmy kilkuosobową grupkę biegaczy, raczej nie było opcji, żeby nas dogonili Dobieg na PK8 ponownie długaśny i nudny. Marszobiegiem jakoś kilometry tak powoli uciekały. Po wyjściu z lasu dawał się we znaki zimny i nieprzyjemny wiatr. Do tego po przejściu do marszobiegu temperatura była dużo bardziej dokuczliwa, organizm się trochę ochłodził. Blisko punktu skusiła nas asfaltowa droga biegnąca w kierunku punktu, ale wylądowaliśmy na polu. Na szczęście do drogi, na której mieliśmy się znaleźć było dość blisko i dalej już dość sprawnie dotarliśmy na punkt.
7-8-m

Z PK8 najprostszą już drogą, bez kombinowania – do bazy. Wiedzieliśmy, że czas jest niezły, że miejsce jest dobre i że będzie można się trochę wyspać przed startem na etapie rowerowym. Jeszcze tylko hop przez płot i już podbijamy się na mecie pieszego etapu.
s-1-2

Po dotarciu do bazy szybki, ciepły prysznic, jakaś skromna kolacja, ustawienie budzika na „za dwie godziny” i po zanurzeniu się w śpiworze odpłynąłem. Nogi odpoczywały, aż miło. Po dwóch godzinach snu, adrenalina sprawiała, że nie miałem większych problemów z dobudzeniem się. Czułem moc, obawiałem się tylko wiatru.

Parę minut przed siódmą rano zebraliśmy się na starcie do etapu rowerowego. Bardzo szybko obrałem odpowiedni dla mnie wariant zaliczania punktów, a założenie było proste: asfaltem – z wiatrem, nabiję kilometrów, lasami pod wiatr – do mety jakoś się doczłapię. Ruszyłem chyba jako pierwszy, wiedząc że tutaj ważna może być każda minuta. PK10 asfaltem z szybkim zboczeniem w kierunku punktu. Wracając spotkałem ponownie Jarka Bartczaka, który obrał prawie identyczny wariant. Długi przejazd asfaltem z PK10 na PK14 minął bardzo szybko, zasuwałem jakieś 25-30 km/h prawie wcale nie wkładając w to sił, dzięki wiatrowi w plecy. Na PK20 zaczęła się zabawa z kostką brukową, betonowymi płytami i „tarką”, ale tempo było cały czas niezłe, warianty wręcz oczywiste, a punkty banalne do odnalezienia (nie trudno znaleźć namiot z grupką ludzi na rowerach obok na jedynej słusznej do jazdy drodze).
h52-11

Po odjeździe z PK20 ambitnie chciałem się podciągnąć za kilkuosobową grupką z TR200, ale przy pierwszych już metrach na bruku prowadzącym dość ostro pod górę – odpuściłem. Tutaj raczej wychodzą braki sprzętowe, ale i noga pod górę jakiś taki opór stawiała. Kolejny długi przejazd dobrej jakości (wyłączając bruki) drogami. Punkt był umieszczony w niewielkim lasku, przez co byłem dość spokojny o jego odnalezienie – nawet jakbym miał cały ten teren przeczesać, to zajęłoby to może maksymalnie 15 minut. Chwila pogawędki z obsługą punktu, kanapka, baton, żel i w drogę.

Gdzieś w 2/3 drogi do punktu skręciłem zgodnie z planem w prawo. Już wcześniej jakoś tak mapa w tym miejscu nie zgadzała mi się z rzeczywistością.Odbiło mnie zdecydowanie z bardzo na południe, ale po dojechaniu do skraju lasu, szybko się odnalazłem i wróciłem na drogę prowadzącą prosto na punkt. Tu spotkałem ponownie Bartka z którym przebiegliśmy razem cały etap pieszy. Miał zaliczony jeden punkt więcej, ale mieliśmy pokonany praktycznie taki sam dystans, mimo zupełnie innego wariantu. Tego dnia ewidentnie byliśmy w podobnej kondycji.

PK18 najlepiej jakby nie istniał, kompletnie nie było mi po drodze go zaliczać, no ale jak mus to mus. Wariant objeżdzający trochę z północy, ale za to po lepszej nawierzchni, a do tego spory odcinek był z górki. 15 minutowy kryzys szybko zażegnałem dwoma Twixami i Marsem, a już były momenty że rower podprowadzałem, co mnie troszkę przeraziło. Jak się okazało, siły niedługo wrócą i wystarcza do samego końca. Sam dojazd do punktu był zdecydowanie ułatwiony dzięki rowerzystom z innych tras, którzy przez kilka kilometrów, prawie rządkiem wracali z punktu, do którego ja zmierzałem. Nie musiałem nawet zbytnio patrzeć na mapę, chociaż wolałem się kontrolować.
h52-22

To co się zjechało z górki, teraz trzeba podjechać… No ale power w nogach jest i to niezły. Cały przejazd między PK18 a PK19 na pełnej prędkości, bez żadnego zastanawiania się, sprawnie dojechałem do kolejnego punktu na środku pięknej leśnej drogi.
14712734_1762417714009447_6690568287062217175_o

PK13 zacząłem szukać trochę wcześniej niż powinienem, ale straciłem może jakieś całe 30 sekund zanim się zorientowałem, że to jeszcze kawałek. Podjechałem ten kawałek, zjazd do brzegu jeziora i jest i ognisko. Trochę można się rozgrzać, bo pogoda nie za bardzo dopisuje, jakoś tak piździ.

PK17 zaliczony wręcz jakby przejazdem, wiatr jednak postanowił trochę urozmaicić zabawę, trzeba zacisnąć zęby i ciskać. Kilometry same sie nie przejadą, a punkty same się nie znajdą. Po odjeździe z PK17 czekała mnie bardzo dłużąca się długaśna prosta po niezbyt przyjemnej, wyboistej drodze. „Byleby do asfaltu” – no i dalej było już OK. Przy samym punkcie ktoś postanowił trochę porozjeżdzać leśne drogi i dodać trochę dziwnych ścieżek nie zgadzających się z mapą.

Odjazd z PK9 oczywisty, ale tylko do chwili… Rozjeżdzona droga stała się rozkopaną drogą, potem ta stała się błotnistą drogą, aż w końcu drogi nie było. Doszedłem, prowadząc rower, do skraju lasu i bez marnowania czasu, biegusiem przez błotniste pole do najbliższej drogi po której znowu da się jechać. Dalej już twardymi drogami na przemian z betenowymi płytami, migiem odnalazłem PK11 i PK16. Na tych przejazdach mijałem dziesiątki zawodników z przeróżnych tras – ledwo idących piechurów na końcówce TP100, biegających piechurów z krótszych tras, jeżdzących rowerzystów. Do punktów trafiało się jak po sznurku, w kluczowych momentach tak czy inaczej kontrolując pozycję (mam nauczkę po Jurajskiej Jatce). Dojazd do mety już na spokojnie, wiedząc że i tak jestem godzinę do przodu w stosunku do limitu czasu, jakoś tak czułem że jest OK, że podium w zasięgu, ale nigdy tej pewności nie ma, więc jeszcze trochę depnąłem na asfaltowym dojeździe do Człuchowa.

Na mecie okazało się, że niecałą minutę (a dokładnie 43 sekundy) temu dojechał Bartek, z którym przetruptałem całą pierwszą pętlę, na drugiej widziałem go tylko raz – dokładnie na półmetku. Kilka minut po nas dojechał zwycięzca TM150, który utrzymał zdecydowaną przewagę po etapie pieszym (narobił nad nami prawię godzinną przewagę). No to już wiedzieliśmy, jak wygląda sytuacja na podium.

Wymęczony, ale kompletnie zadowolony mogłem umyć się (w zimnej tym razem wodzie), ogarnąć, najeść, napić i położyć się smacznie spać. Zawodnicy dobiegali, dojeżdzali i dochodzili do mety do godziny 21, więc kilka godzin drzemki udało się wyskrobać. Bolało wszystko, więc i spaniem ciężko to było nazwać, no ale co poleżałem, to poleżałem, po kilkunastu godzinach na nogach/rowerze należało mi się :-).

14711097_1679054789089520_5784606156069699094_o

O 22 standardowo rozpoczęła się dekoracja. W moim przypadku osiągnąłem dwa cele – ukończenie trasy mieszanej (trzeci tytuł Harpagana) no i do tego udało wskoczyć się na podium i zgarnąć takie oto cudo, na które na każdym Harpaganie patrzyłem z wielką zazdrością:
14615794_10205475966258502_3763155060630089446_oPo wszystkim czekało jeszcze losowanie nagród (ogromna ilość, dziwne za to że na podium nic materialnego nikomu nie skapnęło, no oprócz solidnego kawałka blachy i chwili chwały), także i mój numer okazał się być szczęśliwym podczas losowania ;-).

I tak zakończyła się moja historia z Harpaganem. Zdobyłem co chciałem, pokazałem, że potrafię, sprawdziłem się. Sportowo – super hiper ekstra, towarzysko – super hiper ekstra, organizacyjnie – średniawo. Z każdą kolejną edycją na którą przyjeżdzam jest gorzej i gorzej, a do tego i drożej. W kolejnych edycjach udział mój wątpliwy, śledząc opinie innych zawodników, sporo z nich ma podobne zdanie. Sezon PMnO jest aktualnie obfity w przeróżne wspaniałe imprezy, które oferują dużo więcej, dużo lepiej, dużo przyjemniej. Żadna z nich za to nie może się równać z Harpaganem pod względem ilości zawodników, co jako jedyne już chyba dodaje uroku tej imprezie (chociaż ilość ta jest nabijana aktualnie przez zawodników krótszych tras – na trasach „Harpaganowych” TP100, TR200, TM150 wystartowało jedynie 290 zawodników). Spadająca liczba uczestników mówi chyba sama za siebie.

Pełna trasa, etap pieszy:
h52piesza

Pełna trasa, etap rowerowy:

h52-33

 

 

 

 

 

 

 

 

Endomondo: Etap pieszy;  Etap rowerowy

Oficjalne wyniki: http://sobmark.info.pl/2016/H52/h52_tm150.htm

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *