Jurajska Jatka 2016

Udostępnij:
Share

zdjeciemeta

Podobnie jak na Pazur Gryfa, na Jatkę wybraliśmy się w Bydgoskim składzie z Tomkiem Kowalskim i Marcinem Kańskim. Jesienna pogoda nie zachęcała, prognozy były niejednoznaczne, ale ostatecznie miało obyć się bez deszczu, temperatura dodatnia, czyli nie będzie źle. Przerażająca była tylko godzina odprawy (5:00).

Jeszcze wieczorem było trochę czasu, żeby zwiedzić przepiękny Olsztyn, na pewno bardziej malowniczy niż ten mazurski i pobawić się trochę w geocaching. Budzik ustawiony na „za chwilę” i po kilku godzinach płytkiego snu już wszyscy byli na nogach. Odprawa niestety zgodnie z planem – o 5:00. Kilka krótkich wskazówek od niesamowicie pozytywnych organizatorów i każdy na własną rękę wybrał się na miejsce startu – zamek w Olsztynie. Trzeba było uruchomić pokaźne pokłady wyobraźni, żeby wyobrazić sobie, jak tu jest zapewne pięknie, kiedy jest oczywiście jasno… Mapy dostaliśmy na kilka minut przed startem, ale to nie robiło żadnej różnicy. Szybkie spojrzenie na mapę i już było wiadomo, że na wariancie to się tutaj nadrobić nie da. Zdecydowana większość obrała oczywisty, ten sam wariant. Głośne odliczanie: …, 3, 2, 1, i poszli! Kilkadziesiąt rozświetlonych na parujących głowach czołówek ruszyło z kopyta w dół w kierunku miasta i pierwszego PK.

s-1-5

Start -> 1 (1)
2,0 km | 12′
Start ulicami Olsztyna i kawałek dalej w dość mocnym tempie ok. 5 min/km, ale szybko dobre się skończyło i trzeba było zacząć szukać punktu. Opisany jako „stara jabłoń”, skorygowany przed startem, że to jednak „stara grusza”, ale w nocy raczej nie robiło to specjalnej różnicy. Spora grupka po lekkim przeczesaniu wzgórza, wężykiem ruszyła w kierunku lampionu. Można się było poczuć jak na z góry wyznaczonej trasie, nie na scorelaufie.

1 (1) -> 2 (5)
3,6km (5,6km łącznie) | 26′ (0h 38′ łącznie)
Odbieg od PK1 i jak to zazwyczaj bywa – każdy już realizuje swoją wizję trasy i tłumek ludzi rozbiega się po pobliskim lesie. Przynajmniej tak mi  się wydawało, kilka(naście) minut sam tak zasuwałem. No i dobiegłem do krzyżówki, ale jakoś nie taka jak bym chciał, dalej linie elektryczne. No i już wiem, że to chyba nie wszyscy się gdzieś rozbiegli, tylko ja się rozbiegłem gdzie indziej niż wszyscy – no nic, nie ma tragedii. Na PK 5 dobiegam już przy zgaszonej czołówce, w porannym, pochmurnym, wilgotnym półmroku – klimatycznie.

 

5-7-8

2 (5) -> 3 (7)
2,3km (8,0km) | 16′ (0h 54′)

Tutaj dała mi się we znaki bardzo specyficzna mapa. Po raz pierwszy biegłem z mapą turystyczną w ręku. Już przy przebiegu na PK2 okazało się, że jest dużo bardziej dokładna niż się spodziewałem. Przy tym przebiegu jednak naciąłem się, bo ścieżka w którą wbiegłem, na mapie jednak nie istniała. No ale po szybkiej korekcie, wbiegłem prosto na punkt. Swoją droga, punkty stały jak latarnie – widoczne z kilometra. Tu zacząłem doganiać gości, którzy na początku nie postanowili, tak jak ja, zwiedzić sobie lasu

3 (7) -> 4 (8)
2,7km (10,7km) | 19′ (1h 13′)

No i dogoniłem ich, i przegoniłem ich. I tak lecimy razem. Znowu tym razem czymś, co na mapie było ścieżką, w rzeczywistości tak śmiale bym tego tworu nie nazwał. Po kolei – jeżyny, krzaki, kłody, błoto i tak w kółko. Przyjemne urozmaicenie prostego przebiegu. Dobiegłem to słupka oddziałowego no i wdzę na południe, prosto na PK8 kolejną, jeszcze bardziej zakrzaczoną „ścieżkę”. Tak szybko, jak poruszyłem szare komórki do myślenia, tak szybko je przegrzałem i wymyśliłem genialny pomysł! Po co przedzierać się prosto na punkt, jak dalej na pewno będzie jakaś normalna ścieżka / droga albo chociaż przebieżny las – i taką ścieżką dobiegnę sobie w okolice punktu. I co? I guzik. Nic takiego nie było, więc konkretnie obiegłem sobie kilkaset metrów dłuższą trasę, znowu poznając nowe zakątki lasu. PK znaleziony już bez problemów, przy całkiem przyjemnym strumieniu.

8-11-154 (8) -> 5(11)
2,2 km (13,0 km) | 15′ (1h 27′)

5 (11) -> 6 (15)
1,9 km (14,8 km) | 15′ (1h 43′)

Oba przebiegi bez jakiejś specjalnej historii. Proste przecinki, tym razem przebieżne, wyraźne. PK 11 ciekawie ukryty na szczycie ambony. Trochę śliskie i niebezpieczne schodki, ale widoki z góry całkiem całkiem. Droga przez wysokie chaszcze przed samym punktem już była trochę wydeptana przez liderów biegu, więc punkt praktycznie można było zdobyć bez mapy. Na PK15 podobnie, szerokie ładne drogi. Przy samym PK spotkałem kilka następnych osób, czyli odrabiam straty. PK15 na bagienku ze sprytnym dojściem po kłodzie przerzuconej nad wodą, łatwo można było się skąpać w zimnej zapewne wodzie pod nami.

 

15-14-17

6 (15) -> 7 (14)
1,4 km (16,2 km) | 9′ (1h 51′)

7 (14) -> 8 (17)
2,4 km (18,6 km) | 17′ (2h 10′)

Na pkt 14 ponownie spotkaliśmy się kilkuosobową grupką w składzie Maciek Ners i Mateusz Mioduszewski. Niekoniczenie miałem ochotę na wspólne bieganie, więc starałem się nadrobić odrobinę dystansu na przebiegach, no i nadrobiłem… jakieś 100-200m, cały czas w zasięgu wzroku. Dobieg do kolejnego punktu-bufetu był pierwszym z punktów poza lasem, zaczną się widoki! Może i się zaczęły, ale zaczął się też… deszcz. Niezbyt obfity, ale upierdliwy.

 

17-18-21

8 (17) -> 9 (18)
1,6 km (20,2 km) | 10′ (2h 20′)

9 (18) -> 10 (21)
3,0 km (23,2 km) | 26′ (2h 46′)

Bufet w tempie błyskawicy, póki siła w nogach. Szybki łyk herbaty, kawałek banana, kilka przepysznych ciastek i w drogę, przepiękną aleją lipową w dół. Sam PK zdobyłem jakoś tak od tyłu, okazało się, że był widoczny z wielkiej drogi przebiegającej tuż obok. Przed PK21 byłem przerażony trochę ilością ścieżek na mapie, więc wariant był prosty – byleby do zielonego szlaku i na zakręcie odbijamy na punkt. Po drodze już trzeba było zmienić kurtkę na przeciwdeszczówkę. Na zakręcie znowu spotkałem chłopaków-warszawiaków i po przeskoczeniu rzeczki (no i w końcu zmoczyłem porządnie buty) jakoś tak bezmyślnie poleceliśmy w lewo wzdłuż jeziorka. Punkt – ruiny, a tu żadnych ruin nie ma… Może jakiś bunkier, czy coś? Nie bardzo. Dołączyła kolejna para. I taką wesołą gromadką znowu przeczesujemy zbocze no i jest. Opuszczona chałupa w środku lasu, nawet wyposażona w środku, tylko okien brakowało. Nie tego się spodziewaliśmy po „ruinach”.

 

21-13-19

10 (21) -> 11 (13)
5,1 km (28,3 km) | 37′ (3h 23′)

Odbieg od punktu-ruin taki trochę na chybił trafił. Nie widziało mi się biec taką zgrają, więc znowu próba ucieczki, znowu zakończona fiaskiem już na początku. Władowałem się w jakieś takie krzaki, że ledwo się dało przez nie przedrzeć. Po jakimś czasie dopiero dotarłem do zamierzonego szlaku. Dalej już do punktu bez przygód, goniąc znowu chłopaków. Przy samym pk porobiliśmy kilka fotek, całkiem niezła piaskownica. Okazało się, że druga para chłopaków obrała inny wariant i PK13 zostawili na później, od razu lecąc na PK19.


zdjecie1PK13 z warszawiakami

zdjecie2Rejon PK13



11 (13) -> 12 (19)
3,6 km (31,9 km) | 26′ (3h 48′)

Odechciało mi się uciekać, nogi już swoje dostają, ale jest jeszcze na tyle, żeby cały czas biec, nie uwzględniając podejść. Troszkę pogadaliśmy, rozprężyliśmy się i wspólnie bez problemu podbiliśmy PK19.

 

19-20-16

PK12 (19) -> PK13 (20)
1,6 km (33,5 km) | 13′ (4h 02′)

Kolejna próba, tym razem nie tempem, ale wariantem. Skrócę sobie te kilkaset metrów – przez pole do drogi i hop jestem przy punkcie. No i tak lecę tym polem, później już szedłem, a potem to znowu ledwo się przedzierałem. Zasmiast pięknego wyobrażonego sobie dojścia do asfaltu – płot przy płocie. Obiegłem te wszystkie płoty, wybiegam na asfalt i tu kto? Chłopaki! Długo się nie widzieliśmy! Do PK20 dobiegamy razem. Samo szukanie punktu było dla mnie trochę łatwiejsze, bo znowu (już raz tak miałem na Jesiennych Trudach) źle odczytałem opis. Szukałem „szczytu ze skałkami” zamiast „przełęczy”. A sam punkt w rzeczywistości był niczym innym, jak skałkami na szczycie ;-).

PK13(20) -> PK14 (16)
2,6 km (36,1 km) | 17′ (4h 19′)

Szybki „look” na dalszy przebieg trasy, szare komórki znowu się zagotowały – na wariancie nic się zrobić nie da, zasuwamy! I tak jak szybko podbiłem punkt, tak szybko przeleciałem przez krzaki do asfaltu i wrzuciłem piąty bieg. Teoretycznie wydawało się, że jesteśmy liderami, więc było o co już walczyć. Tempo 4:30 – 5:00 min/km i w drogę. Punkty są dość proste, to powinno się udać nadrobić parę minut i utrzymać przewagę do końca, byleby nie tracić czasu na krzyżówkach i przy punktach. PK16 zdobyłem błyskawicznie, widząc przy okazji chłopaków, którzy obrali inny wariant (mają jeszcze przed sobą 1 punkt więcej) i czesali teren gdzieś w dole kamieniołomu.

 

16-12-10

PK14 (16) -> PK15 (12)
1,6 km (37,7 km) | 11′ (4h 30′)

Błyskawicznie odbiegłem od punktu, kawałek asfaltu – znowu tempo 5 – 5,5 min/km. Na asfaltowym przebiegu skrupulatnie zaplanowałem już dokładnie dalszą trasę. Na końcu dłuugiej asfaltowej prostej oglądam się z niepokojem do tyłu i tam… pusto! No to sru pod górę, za górę i pod górę – jest i kolejny punkt.

PK15 (12) -> PK16 (10)
4,4 km (42,2 km) | 44′ (5h 14′)

Tu chwila skupienia i migiem na dół do drogi, powinna istnieć. Nie istniała. Istniała za to jakaś inna, kierująca na północ. No to zasuwam tą drogą i zasuwam, dobiegam do „grubej” drogi (z zapisów gps wynika, że tu miałem nad chłopakami jakieś 8 minut przewagi czyli całkiem sporo). Już wcześniej zakodowane „do asfaltu i w lewo” tak zaburzyło mi mózgownicę, że nie wpadłem na to, że jestem nie na tej drodze. Nie wpadłem też na to, żeby spojrzeć na skrzyżowaniu na kompas i nie wpadłem na to, że droga na której chciałem być jest na granicy lasu, a ja widzę las po obu stronach. Nawet znalazłem odchodzącą od tej drogi ścieżkę prowadzącą moim zdaniem (wtedy) – idealnie na punkt! Nie prowadziła. Prowadziła za to w krzaki co raz to gorsze i gorsze. W końcu się jakoś zreflektowałem i najbardziej przebieżną trasą jaką się dało, doczłapałem się do upragnionego asfaltu. Mniej więcej na azymut, marszem skierowałem się w kierunku punktu. Czułem się upokorzony, zawstydzony, zawiedziony, wyziębiony, wkurzony i te pe i te de… Pół godziny błędu zbiło już wszystkie moje, rozpalone chwilę wcześniej ambicje, poziom adrenaliny spadł na minus. No ale punkt znalazłem, już się kompletnie nie spiesząc.

 

10-9-6

16 (10) -> 17 (9)
3,4 km (45,6 km) | 29′ (5h 43′)

17 (9) -> 18 (6)
3,8 km (49,4 km) | 30′ (6h 14′)

Emocje opadły, widoki całkiem przyjemne, więc w turystycznym tempie jakoś mijały i dłużyły się kolejne kilometry. Kolejne punkty widoczne z kilometra, wystarczyło wbiec w ich okolice, żeby gdzieś je wypatrzyć. Na tych przebiegach zaczęło robić się dodatkowo trochę tłoczno – trasa TP25 w drodze. Przed PK6 mogłem już znaleźć spokojną chwilę, żeby się trochę posilić.

 

6-3-2-4-m

18 (6) -> 19 (3)
2,5 km (51,9 km) | 22′ (6h 36′)

Zbieg na dół w jakiejś małej grupce, z psem – przybłędą. Jakieś płoty, dziwne drogi, ale jakoś w końcu udało się przedrzeć na właściwą ścieżkę. Końcówka to dosłowanie punkt na punkcie, ludzi już bardzo dużo, więc nawet nie trzeba za bardzo skupiać się na mapie, tylko jak po sznurku – do punktu. Dobrze, że nie wpadłem na obranie odwrotnego wariantu trasy, bo zaliczać te punkty nocą nie byłoby już aż takie banalne jak teraz.

19 (3) -> 20 (2)
0,8 km (52,7 km) | 8′ (6h 44′)

Punkt widoczny ze szlaku już z daleka – kilka osób z obsługi, samochód, fotograf. Widok przepiękny. Razem z nieznajomym kolegą porobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Stąd było już widać, gdzie jest ostatni punkt. Chyba każdy, kto zobaczył, co czeka nas na sam koniec, używał niecenzuralnych słów ;-).
zdjecie-punktPrzedostatni punkt PK2

zdjecie5Przy PK2

20 (2) -> 21 (4)
1,2 km (53,8 km) | 14′ (6h 58′)

zdjecie3Rejon między PK2 i PK4

zdjecie4PK4 – na samym szczycie

21 (4) -> META
1,5 km (55,3 km) | 11′ (7h 09′)

Sprawny marszobieg przez lekko zarośnięte łąki aż do podnóży tego czegoś. Potem już tylko dość konkretna wspinaczka, z górki na pazurki i jestem na mecie. A tu czeka piwko „zasłużone”, ręcznie robiony medal i przepyszny, konkretny obiad. Naprawdę na bogato. Do tego losowanie nagród także obfite, Marcin dorobił się bonu na 200zł, ja dorobiłem się kilkunastego już chyba bidonu, ale były też książki, „koksy”, puzzle z lasem i inne. Oprócz tego bajerancki długopis z lisem, zupa z soczewicy i kilka innych bajerów, dzięki którym żona na pewno bardziej chętnie pozwoli mi zjawić się na Jatce za rok ;-).

Gratulacje dla wszystkich zawodników i dla organizatorów za niesamowitą atmosferę przed w trakcie i po biegu. Do tego super było umyć się w ciepłej wodzie ( z czym bardzo często na zawodach jest problem). Wielkie dzięki i mam nadzieję, że do zobaczenia za rok na kolejnych jatkach. Trzeba się odegrać ;-).

Podsumowanie:
Dystans: 55,3 km | Czas: 7h 09′ | Miejsce: 6 / 57
Rywalizacja GPS: 3drerun
Zapis GPS: Endomondo | Decathlon Coach
Pełna mapa:jatka2016_tp50

 

 

 

 

 

 

 

One thought on “Jurajska Jatka 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *