Krajna Adventure Race

Udostępnij:
Share

Już jakiś czas chodziły mi po głowie myśli o starcie w jakimś rajdzie przygodowym. Piesze pięćdziesiątki przestały trochę robić wrażenie, a i tak zawsze wolałem te starty, gdzie były jakieś fragmenty na dokładnej mapie do BnO, czy jakieś dodatkowe atrakcje – jakoś więcej się na trasie dzieje. W zeszłym roku jako Lewy Team zadebiutowaliśmy z Krzyśkiem w Bydgoszcz City Race. Oj tak, to było to. W końcu jakoś na początku lutego wysłałem Krzyśkowi SMS’a: „www.krajnaar.pl”. Odpowiedź była prosta: „60 czy 160?”. I tak zapisaliśmy się na krótką 60km trasę Krajna Adventure Race. Trasę długą odrzuciliśmy w przedbiegach, widząc na schemacie trasy „skromne” 56km rolkotrekkingu (na rolkach to ja w Bydgoskim Myślęcinku może główną alejką to pojadę te 2km, ale 56km to lekka przesada).

I tak w piątkowy wieczór spakowaliśmy się i ruszyliśmy do Złotowa. Swoją drogą – piękne miasto, położone pośrodku… niczego? Lasy, pola, Złotów i to wszystko chyba. Jeszcze żeby tylko meteo.pl było trochę bardziej pobłażliwe na jutrzejszy dzień, byłoby super.

Rano pobudka o 7, odbiór numerów startowych, pakowanie suchych ciuchów do przebrania na przepakach. O 8:00 dostaliśmy mapę główną. Jakieś 10 minut po dostaniu mapy już mieliśmy opracowane warianty – wydawało się być łatwo i przyjemnie (w końcu to trasa krótka, dużo prostsza nawigacyjnie). Na start trzeba było dotrzeć na plac miejski, co dzięki życzliwości mieszkańców nie było większym problemem. Na placu niezły klimat, ponad 100 osób gotowych do biegu, ponad 100 rowerów czekających na koniec pierwszego etapu – Prologu. Chwilę przed startem oficjalne otwarcie Zielonego Punktu Kontrolnego Złotów. Na 5 minut przed startem rozdanie map, no i ruszamy!

I etap to bieg na orientacje – taki wydłużony sprint, bardziej podchodzący pod miejski middle – ok 5km po mieście na mapie w skali 1:6 000. Już po dwóch-trzech punktach, cała stawka rozbiegła się w swoich kierunkach. 

Na trasie z tym samym wariantem kroku dotrzymywali nam chlopacy z Poco Loco Adventure Team. Dopiero na punkcie 63 ograliśmy chłopaków na wariancie przez sady. Trasa super, słupki Zielonego Punktu Kontrolnego w centrum miasta. W czasie tego etapu to biegacze ewidentnie rządzili na drogach, a nigdzie nie spieszący się Złotowscy kierowcy samochodów z uznaniem przepuszczali biegaczy w każdym miejscu, czy to rondo, czy to skrzyżowanie. Na przedostatnim punkcie zaliczyliśmy małą wtopę obiegając dookoła pobliskie budynki, ale nie była to jakaś znacząca strata.

Końcówka Prologu – BnO. Krzysiek udaje, że biegnie do punktu, ja wolałem popatrzeć na piękną okolicę.
Fot. Piotr Oleszak – z www.krajnaar.pl

Do rowerów dobiegliśmy na pierwszym miejscu (jak się później okazało – nie straciliśmy go do samej mety). Szybko plecak na plecy, kask na głowę i w drogę.

Drugi etap rajdu to rower. Odjeżdżając na trasę widzieliśmy goniących nas chłopaków – dwie minuty przewagi, czyli nic. PK1 już oferował dwa warianty – wschodni i zachodni. My pojechaliśmy tym trzecim. Wyjazd, czy wybieg z miasta zawsze jest dużym problemem przy takiej skali mapy (bardzo mało szczegółów). Już na pierwszej możliwej krzyżówce pojechaliśmy zamiast w lewo – w prawo. Szybko skorygowaliśmy wariant, ale żeby nie było za lekko – przejechaliśmy drogę w którą mieliśmy skręcić. Kolejna korekta, i „już” jesteśmy na dobrej drodze w kierunku punktu. Jeszcze na asfalcie oglądamy się za siebie i co? No i gonią nas skurczybyki, cały czteroosobowy „peletonik” (domyślam się tylko, że to dwie z ekip: Poco Loco Adventure Team [na mecie bez wszystkich pkt, drudzy po prologu], superkajak.pl [4 miejsce], Stopa Słupsk [2 miejsce]). Po zjeździe z asfaltu gonili nas jeszcze bardziej – lekko nie będzie…

Pierwsze kilometry na rowerze, wyjazd ze Złotowa. Jeszcze miałem więcej sił i zasuwałem z przodu.
Fot. Piotr Oleszak; z www.krajnaar.pl

Kompletnie nie czułem odległości na tej mapie i kusił mnie wcześniejszy zjazd „w kierunku punktu”. Krzysiek jednak krzyknął, że to jeszcze z 200 metrów do zjazdu, no to grzecznie popedałowałem za nim. Dalej ładną drogą dotarliśmy do samego punktu, oglądając się z obawami za siebie widzieliśmy, że goniący peletonik zjechał w tą drogę, która mnie kusiła. Dzięki temu już do końca etapu oglądanie się za siebie skutkowało tylko oglądaniem drzew :-).

Przelot na PK2 też oferował dwa warianty – jeden prawie po linii prostej i drugi, który obraliśmy, trochę na około ale teoretycznie lepszymi drogami. I rzeczywiście, wariant okrężny był bardzo szybki, z krótkim tylko odcinkiem bruku. Do PK3 dojechaliśmy już bez żadnych przygód, w jak na nasze rowerowe możliwości – szybkim tempie.

Dobieg do PK3 – pierwszy przepak i etap BnO na sklejanej mapie-puzzle.
Fot. Piotr Oleszak, z www.krajnaar.pl

PK3 był punktem w świetlicy wiejskiej, którą pomogła nam znaleźć pracująca w przydomowym ogródku przemiła Pani :-). Na punkcie zadanie do wykonania – pocięta mapa do biegu, którą trzeba było złożyć w całość i skleić. No i oczywiście potem przebiec posklejaną trasę. Tutaj wiedzieliśmy, że musimy nadganiać nasze braki w siłach na rowerze. W końcu na co dzień (czy raczej co weekend) biegamy, a nie pedałujemy. No i chyba nadrobiliśmy – po powrocie do świetlicy i przejściu na rowery, nie widzieliśmy goniących nas rywali.

Ku naszemu niezadowoleniu, na tym etapie skończyło się bieganie – pozostał rower z kajakowym przerywnikiem. No ale cóż, prowadzimy, to trzeba zasuwać! Najpierw długaśny i nudnaśny, „harpaganowy” przejazd na mapę w dokładniejszej skali. Dojechać do szlaku i szlakiem kilka ładnych kilometrów proooosto… Prosto w już padającym mroźnym deszczu i z lekkimi podmuchami przeszywającego, mroźnego, mocnego wiatru. Na szczęście utwardzona droga nadawała się do jazdy w dość solidnym (przynajmniej moim zdaniem) tempie. Tutaj już zacząłem mieć jakieś pierwsze bardziej znaczące oznaki kryzysu – z zimna i przemoczenia, nogi podawały mimo to nieźle, nie takie rzeczy się już na trasach przeżywało.

Mapa Podgaje przejechana wzorcowo, szybko i sprawnie, bez zbędnego zastanawiania się. Po długim przelocie, taka dokładna i szybka orientacja była fajną odskocznią, urozmaiceniem i przede wszystkim rozgrzaniem. Ta odskocznia była bezcenna, bo dalej było już tylko gorzej.

Wyjeżdżając z mapy Podgaje widzieliśmy w lesie kilka teamów. Nie wiedzieliśmy jednak, które punkty z tej mapy już mają zaliczone, ani na który aktualnie jadą. Kompletnie nie wiedzieliśmy jaką mamy przewagę. Po dojeździe do mostku, szybko przełożyliśmy w mapnikach mapy i pognaliśmy w kierunku PK5, na którym czekało nas zadanie specjalne. Dojazd był bardziej niż prosty, a niepewność, co nas tam czeka, dodawała trochę wiatru w koła.

Na PK5 dojechaliśmy dalej jako pierwsi, pobudzając trochę ekipę obsługującą punkt. Na zadaniu specjalnym czekała na nas linka przeciągnięta między kilkoma drzewami w różnoraki sposób. Do linki przyczepione było metalowe kółko z dwoma sznurami. Zadaniem było przeciągnięcie kółka przez całą linę między drzewami, nie puszczając sznurków. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że przechodząc raz nad linką, raz pod linką, skurcze dawały się już we znaki. Żeby nie było za łatwo, gdzieś w połowie liny zawiązany był supeł, który trzeba było poluzować na tyle, żeby się w niego jakoś po kolei „wcisnąć”.

Po wykonaniu zadania miła obsługa uraczyła mnie kubkiem Coli, whisky niestety musiałem w tej chwili odpuścić, ale dzięki za propozycję ;-).

Z PK5 czekał nas jeden ostatni długi przejazdy. Pognaliśmy co sił (nie za dużo już ich) w nogach na południe. Jakiś kilometr przed dojazdem do asfaltu odbiliśmy na wschód. Droga na mapie wyglądała nieźle, a dystans sporo krótszy. No i się wkopaliśmy. Kupa piachu, kupa błota, do tego deszcz ze śniegiem. Odcinkami musiałem prowadzić rower, goniąc Krzyśka, który nadawał bardzo dobre, nieosiągalne dla mnie w tym terenie tempo. Męka się dłużyła, aż w końcu dojechaliśmy do asfaltu. (To na tym własnie „skrócie” rozegrała się walka o zwycięstwo na trasie długiej – lepszy okazał się wariant do końca na południe i dalej asfaltem). Dalej do punktu dość długi (albo raczej dłużący się) odcinek asfaltu, gdzie przemarznięcie sięgnęło zenitu. Mogłem zapomnieć o zmianie przerzutek, czy hamowaniu – dłonie nie były w stanie już się poruszać… Z asfaltu myk na północ do punktu i z powrotem w to samo miejsce – góra dół, góra, dół – stóp też już nie czułem.

Tacy przemarznięci, przemoczeni, przemęczeni, a żeby nie było za lekko – z wiatrem w twarz – doczłapaliśmy się do PK 7/8 na którym czekała nas, a jakby inaczej – mokra pętla kajakowa. Jedyne chyba co nas pchało do przodu, to świadomość, że na tym punkcie będą na nas czekały suche rzeczy na przepaku.

Dojeżdżając do PK7 zbawienny widok – nasze suche rzeczy, a do tego rozpalony na zewnątrz ogień w kominku. Bez zastanowienia próbowaliśmy ściągać buty, skarpety i wszystko co mokre, czyli… wszystko. Nie było łatwo, bo przemarznięte dłonie nie ułatwiały na przykład rozwiązywania butów. W suchych ciuchach, zasuwamy do kajaka. Po drodze jakaś wspaniała dusza-strażak pożyczył mi gumowe długie rękawice, to chyba z litości, ale były bezcenne.

 

Dobieg do pierwszego przepaku – PK

Na kajaku trzy proste punkty na jeziorze, ale ręce odmawiały posłuszeństwa i 5km wcale nie było takie proste do przepłynięcia. Najpierw punkt C – prosto. Po nawrocie z pkt C zobaczyliśmy już goniący nas team – wiedzieliśmy że trzeba zasuwać, bo chłopacy na pewno nie odpuszczą – nie ma nic bardziej motywującego niż gonienie liderów. Na punkt B chcieliśmy wpłynąć małym dopływem, który okazał się zarośnięty tak, że zapomnij… Szybka zmiana planów i atak na pkt A i dopiero pkt B. Z punktu B, żeby już nie opływać, szybka przenoska kajaka na drugą stronę wysepki i pognaliśmy do mety etapu kajakowego.

Nawet się nie obejrzeliśmy, gdzie są rywale – szybko zarzuciliśmy plecaki, dwa łyki wody i zasuwamy dalej w kierunku zbliżającej się już mety. Świadomość, że za jakieś pół godziny wszystko się skończy, że prowadzimy, że gdzieś tam nas gonią, że na pewno są mocniejsi na rowerach, to wszystko dawało solidnego kopa i z nowymi siłami szybko dojechaliśny do ostatniego etapu rajdu – na mapę Zwierzyniec. Skala 1:6 000 na rowerze to jakieś wariactwo ;-). Dystans ucieka, zanim człowiek dobrze pomyśli. Przy punktach Krzysiek rzucał rower i podbijał punkt, a ja w tym czasie podnosiłem jego rower, zapamiętywałem trasę do kolejnego punktu i ustawiałem mu ten rower już w kierunku jazdy ;-). I tak punkt po punkcie, byliśmy pewni dobrego tempa na tym odcinku i na koniec już spokojnie mogliśmy dojechać do mety, jako zwycięzcy.

Ogólnie zawody bardzo udane. Satysfakcja ogromna, szczególnie w tych ciężkich warunkach. Po międzyczasach widać, że całą przewagę robiliśmy na precyzyjniejszej orientacji – ale to na tych mapach się w końcu wychowaliśmy. Traciliśmy na rowerze, ale niedużo, a prawie przez cały dystans chłopacy ze Stopy Słupsk dreptali 15 minut za nami. Dzięki prostej nawigacji na długich odcinkach nie było gdzie stracić takiej przewagi. Z kompletem punktów trasę zaliczyło 21 z 63 zespołów – to chyba najlepiej świadczy o pogodzie, którą zamówili nam organizatorzy. Wszyscy zasługują na słowa uznania.

Na koniec przepyszna grochówka, ciasto, ciepła herbata, a na dekoracji kolejne zaskoczenie – od hojnego sponsora dwie sztuki turystycznej nawigacji GPS Garmin Etrex 10, najbardziej wartościowa nagroda, którą wygrałem ;-). Krajna AR, jak tylko czas pozwoli, zagości w moim kalendarzu na przyszły rok!

Teraz chwila przerwy od startów i za chwilę kalendarz zapełnia się ze zdwojoną mocą. Ten sezon dominują raczej Adventure Race, przeplatane BnO – to uzależnia. Do zobaczenia na Grand Prix Mazowsza, na Poznańskiej Bimbie i Bydgoszcz City Race. Lewy Team da z siebie wszystko ;-).

W okolicach 1:50 można zobaczyć, jak bardzo mnie bolał dojazd na kajaki + nasz bałagan na przepaku ;-).

 

One thought on “Krajna Adventure Race

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *