Uncategorized

Muflon Trail Orienteering

Wieść o rajdzie z cyklu Pucharu Konwalii w górach ucieszyła, jak żadna inna w tym sezonie. Szybki telefon do Krzyśka i błyskawiczna decyzja – jedziemy! I tak to w piątkowe, wrześniowe popołudnie poniosło nas do Starego Gierałtowa, gdzie można było pobiegać po górach, zmoczyć stopy w górskich strumieniach, poharatać się o górskie krzaki, a na mecie wypić piwo schłodzone w strumieniu Białej Lądeckiej.

Słowem wstępu, po przyjeździe do bazy zawodów nie dało się ukryć, że jeden ze sponsorów – Browar Fortuna, okazał się wyjątkowo hojny, co od samego progu wprowadzało wszystkich w dobry nastrój.

Cała rywalizacja przebiegała na dwóch etapach:

  • I etap (35km, +1700m przewyższeń): bieg ze startu wspólnego z dowolną kolejnością podbijania punktów.
  • II etap (20km, +1000m przewyższeń): bieg pościgowy; pierwsi startują o 8:00, a kolejne zespoły ze stratą taką jak w pierwszym dniu.

Udział był możliwy tylko w parach, z podziałem na dwie katogorie: męską oraz mix (co najmniej jedna kobieta)

ETAP I

Etap I: 5h 32 min | 32,8km | 1860m w górę

Atmosfera przed startem była świetna. Wszyscy wiedzieliśmy, że już za kilkanaście minut będziemy mieli pewnie dość, ale uśmiechy nie znikały z twarzy. Po symbolicznym odliczaniu, punktualnie o 8:00 wyruszyliśmy, najpierw 100 metrów po mapy i po szybkim ustaleniu wariantu w drogę! Jako pierwszy punkt połowa obrała PK7, połowa PK3, a reszta oryginalny, ale bardzo dobry obieg asfaltem bezpośrednio na PK4. My obraliśmy wariant na PK7. Ruszyliśmy z kopyta, już na pierwszym podbiegu dostając zadyszki, a co dopiero będzie dalej… Przy dobiegu do punktu, trochę za wcześnie zaczęliśmy go szukać i szybko straciliśmy całą przewagę z podbiegu, spotykając się tu z całym goniącym nas peletonem.

Kolejny punkt (PK4) pokazał już, z czym będziemy się mierzyć na Muflonie :-). Najkrótszy wariant (chyba jedyny) zawierał ostry zbieg, krzaki, mokre łąki i jeszcze bardziej mokre rzeczki. Do tego ścieżki których nie ma na mapie i kompletnie nie zgadzające się z mapą granice lasu. Wszystko, co najlepsze w pigułce (no mogło jeszcze być pod górę). W okolicy punktu dobiegliśmy na czele całej grupy, ale szybko każdy rozbiegł się w inną stronę, pewnie zasuwając w obranym przez siebie kierunku. Nikt jednak nie miał racji i w końcu razem z kilkoma zespołami zaczęliśmy poszukiwania. Po małej pętelce po łąkach – udało się! Wróciliśmy na prowadzenie w naszej grupie.

Jak najszybciej odbiegliśmy od punktu mając nadzieję na urwanie się grupie. No i tak biegniemy, zasuwamy. Za nami nikogo, przed nami nikogo. Zrobiliśmy mały błąd na wariancie. Bardziej optymalnie było biec równoległą drogą na zachód od naszej. Na mapie te kilka warstwic więcej nie wyglądało tak strasznie, ale w rzeczywistości podbieganie w górę i potem zbieganiem do punktu jest gorsze, niż obieganie górki dookoła. Przy samym punkcie spotykamy drugiego Krzyśka i drugiego Marka – braci Muszyńskich. Dziwiło mnie tylko, że biegli nie w tą stronę, co powinni, no ale jeszcze nas dogonią.

Kolejny raz lecimy ostro w dół, potem ostro w górę. Na dłuższym przelocie na polanie udało nam się znaleźć dzielnie goniących Muszyńskich. W pewnym momencie mapa przestała nam się zgadzać z rzeczywistością, ale kierunek był OK więc pognaliśmy w górę nie patrząc już na drogi, tylko na kompas. Punkt wydawał się prosty – prosto od zakrętu, byleby nie zbiegać ani nie podbiegać, trzymać jedną warstwicę. Myśleliśmy tak my i kilka kolejnych teamów. Bracia Muszyńscy dobiegli dosłownie w chwilę później, parę minut później zjawili się jeszcze chłopacy z teamu AR Poznań. I tak w 6 osób, z nosami w mapie (jakby to miało nam jakoś w tym miejscu pomóc), zaczęły się przeszukiwania lasu. Ostatecznie w poszukiwaniu kapliczki w środku lasu pomogli nam drwale, wycinający pobliskie drzewa.

Po podbiciu punktu niestety trzeba było spojrzeć, gdzie jest kolejny. Niestety najkrótszy wariant to linia prosta przez las i krzaki. Punkt dość blisko, ale za to 300 metrów w pionie do góry. I tak, żwawym marszem, 24 (!) minuty później można było wyzionąć ducha, a potem dumnie podbić punkt na samej górze. Jeszcze tutaj mieliśmy się z chłopakami w zasięgu wzroku.

Jak już wbiegło się na górę, tak można było troszkę odetchnąć i kolejnych kilka kilometrów “przebiec”, w jak na te warunki całkiem żwawym tempie (6:30 min/km średnia między punktami). Momentami rzeczywiście było nawet płasko albo i z górki. Cały prawie przebieg lecieliśmy z Muszyńskimi. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że mamy o jeden zaliczony punkt więcej. Umówiliśmy się na krótki postój na piwko, które było zagwarantowane na punkcie odżywczym (PK 8). Lecimy tak razem, aż na zakręcie drogi postanowili zrobić nas w balona i skrócić sobie drogi odbijając szybciej w prawo w kierunku punktu. My pobiegliśmy swoim wariantem, gubiąc chłopaków z zasięgu wzroku. Na punkcie odżywczym nikogo oprócz organizatorów nie było, próbowałem się dopytań, czy ktoś już był, ale obsługa punktu sprawnie przemilczała moje pytania. Po szybkim rekonesansie kosza na śmieci, w którym znalazłem 3 puste kubki, stwierdziłem że już tu byli, więc szybko pobiegliśmy dalej nie korzystając zbyt długo z obfitego bufetu. Jak się potem okazało, chłopacy tak pobłądzili na swoim skrócie, że przybiegli jednak za nami, a puste kubki był.

Do tego miejsca wybór kolejności punktów na trasie był dość prosty. Teraz zaczęło się jednak kombinowanie. Jak zrobić to szybko i się nie zmęczyć. Pierwotnie chcieliśmy pobiec na PK10, po przeliczeniu warstwic zaczęliśmy jednak od PK 13. Prawie do samego punktu można było biec prawie po płaskim, a tak długi odcinek biegu okazał się luksusem na tych zawodach. Końcówka to już bardzo ostre zejście w dolinę rzeki.

Co się zeszło, trzeba niestety podejść, a potem znowu zbiec, do kolejnej rzeki. Temperatura niemiłosiernie rosła, a przebieg po górskim strumieniu przyjemnie schłodził nogi.

Z PK10 pięknym górskim potokiem dobiegliśmy do drogi i znów można było na chwilę wyciągnąć nogi na zbiegu do PK14. Opis punktu nie pozostawiał złudzeń. “Szczyt skały” brzmiał przystępnie do momentu zobaczenia tej skały. Tu spotkaliśmy biegnących odwrotny wariant chłopaków, jak się potem okazało, zwycięzców, co nie zdziwiło bo tutaj, mniej więcej na półmetku trasy wyglądali na niezbyt zmęczonych, a wręcz zadowolonych.

Zdążyliśmy chwilę odpocząć od długaśnych podejść pod górę, żeby znów sobie o nich boleśnie przypomnieć. Ponad połowa drogi do kolejnego punktu to znów wspinaczka prawie pionowo w górę, potem dające nadzieję kilkaset metrów biegu do PK15 i znów to samo – ostro w górę, na najwyższy punkt tego dnia. Tutaj spotykaliśmy raz za razem teamy, które obrały odwrotny wariant. Zmęczenie dawało się we znaki i znalazłem wśród tych teamów zbiegających w dół, braci Muszyńskich. Zdziwiłem się dość bardzo, bo przecież biegli wariantem podobnym do nas, więc na pewno powinni zasuwać w górę, a nie w dół. Po kilku zamienionych słowach jednak okazało się, że rozmawiam z kim innym (pozdrowienia dla teamu Oriento Expresso, mam nadzieję, że nie czujecie się urażeni). Na samym szczycie góry ktoś postawił pokaźną wieżę widokową, a dopiero na tej wieży ktoś postawił punkt. Widoki z góry nie pozostawiały złudzeń – warto było!

video: Widok z wieży widokowej na Czerniaku (1100m n.p.m.); PK 17. Wyżej już nie będziemy!

W tej okolicy chyba wszyscy ostrzegali nas przed podejściem na kolejny punkt PK16, na szczęście byliśmy już na dość konkretnej wysokości i od tej strony nie było tak źle – raptem 100m w pionie do góry, przy 300m przewyższenia na wcześniejszym PK12, to prawie nic. Zbiegając z tego punktu, zrozumiałem jednak co mieli na myśli. To co dla nas było fatalnym zbiegiem po krzakach, dla pozostałych było fatalnym podejściem po krzakach z ponad 200m przewyższeń. Na samym dole dobiegliśmy do pięknej polany, z której jeszcze bardziej poczułem, dlaczego wszyscy wyzywali tak tą górę. Widok był niesamowity – ogromny szczyt, a na samym szczycie punkt z którego my na szczęście zbiegliśmy. Ten widok, biegnącym w przeciwnym kierunku, mógł naprawdę obniżyć morale.

Z PK1 liczyliśmy już, kiedy będzie ta ostatnia górka, przeklinając za każdym razem, kiedy zaczynała się kolejna wspinaczka. Zaczęło kończyć się picie, dlatego skorzystałem z rzeczki przed PK11 do schłodzenia się i napicia. Dojście do punktu znów fatalne, może nie tyle pod górę, co po krzakach, czyli nogi trzeba podnosić jeszcze wyżej. Do tego trochę błota i wody – wyśmienicie!

Z PK 11 odbiegliśmy, wydawałoby się, że przecinką. Ta jednak gdzieś zginęła i znów zamieniła się w… krzaki. Jakimś cudem udało nam się wyjść na solidną drogę, żeby po 200 metrach napotkać na kolejną górę. Jako, że to już rzeczywiście ostatnie dziś podejście, Krzysiek zaczął ambitnie gnać jak oszalały. Gnał tak długo, aż pojawiły się skurcze, czyli jakieś… 20 metrów. Zaciskając zęby, stękając (jak sobie człowiek krzyknie, od razu się lepiej robi), dotarliśmy na ostatni już dzisiaj szczyt – PK5 z przepiękną ławką i widokiem. Aż żal, że człowiek jest tu na wyścigu, a nie na wakacjach.

Szybkie spojrzenie na mapę, co dalej. Obiegać – za daleko, więc schodzimy ostro w dół, oczywiście po poprzewalanych uschniętych drzewach i krzakach. W połowie drogi w dół napotykamy drogę. Jako, że mamy dość krzaków, postanawiamy dobiec do punktu naokoło. Sam punkt, a jakże, ustawiony na szczycie skały. Słońce już ostro przygrzało, nogi pieką, ręce nie chcą już machać i łapać się badyli, a głowa już nie trzyma nawet dobrze pionu, wiec krok po kroczku, obchodząc skałę dookoła, zaliczyliśmy kolejną już dzisiaj ostatnią górkę.

Na szczęście okazało się, że teraz już tylko z górki. Jedynie jakieś 250m w pionie w dół, więc już nie tak długo potrwa to cierpienie. Po drodze ostatni punkt na skraju lasu i końcówka po łące. Jeszcze nigdy nie czułem takiej przyjemności biegnąc po miękkiej trawie, po miękkich krowich plackach. Żadnych kamieni, żadnych stromizn, żadnych krzaków, nie trzeba jakoś wybitnie majdać nogami, które same już biegną do mety.

Największym urokiem biegów na orientację jest chyba to, że cały dystans walczysz z trasą, sam ze sobą. Dopiero dobiegając na metę zaczynasz się zastanawiać, jak mi poszło? Nie masz pojęcia, czy wygrałeś, czy jesteś dziesiąty. Dopiero dobiegając do mety możesz policzyć, ilu zawodników czeka już na mecie. W naszym przypadku była to spotkana na PK14 dwójka Januszów Orienteeringu, którzy wygrali z nami o 13 minut. Na mecie wyglądali na jeszcze bardziej zadowolonych, niż kiedy się mijaliśmy.

Na mecie oprócz wspomnianego teamu w składzie Maciek Ners + Mateusz Mioduszewski i organizatorów czekały nas zimne piwka chłodzące się w strumieniu Białej Lądeckiej zapewnione przez Browar Fortuna, przepyszny posiłek regeneracyjny, piękne słońce i przyjemna trawka. I w takim towarzystwie siedzieliśmy do wieczora, wcinając kiełbachy z ogniska, gawędząc o wszystkim i o niczym z kolejnymi docierającymi do mety zawodnikami i po prostu ciesząc się chwilą!

Foto: Wyścig tym razem nie kończył się na mecie. Kolejnym celem była Biała Lądecka z zapasem piwka od Browaru Fortuna! (fot. Facebook organizatora)

Etap II

Etap I: 3h 8min | 19,2km | 1050m w górę

Poranek przed drugim etapem nie należał do najłatwiejszych. Już samo zejście po schodach było wyzwaniem, a gdzie dopiero czyhające na nas kolejne 20km z 1000m przewyższeń. Jakoś siłą woli udało nam się rozgrzać, o 8:00 poklaskaliśmy startującym liderom, o 8:13, zgodnie z nabieganą wczoraj stratą, przyszła kolej na nas. 17 minut po nas wystartował peleton głodnych rewanżu teamów z braćmi Muszyńskimi na czele.

Tym razem kolejność podbijania punktów była z góry określona, więc biegliśmy przetartym przez liderów szlakiem z cichą nadzieją na ich dogonienie i na nie dogonienie nas przez ciągnący się za nami peleton. Już pierwsze spojrzenie na mapę nie pozostawiło złudzeń, można się było spodziewać, że do pierwszego punktu będzie się trzeba wgramolić na szczyt jakiejś górki. Kilkaset metrów po starcie skończyło się bieganie, zaczął się marsz i walka z bolącymi po wczorajszym biegu nogami, z górą i kolejnymi połaciami krzaków. Na szczycie zrobiło się trochę lżej, bo teraz przecież będzie z górki. Odbieg w kierunku drugiego punktu pokonywaliśmy chyba w takim samym tempie jak idąc pod górę. Kupa ruchomych kamieni, zapadlisk, zwalonych drzew, biec się nie dało. W takim terenie, nawet biegnąc z nosem w kompasie, ciężko utrzymać dobry kierunek. I tak jakoś nas odbiło dziwnie za bardzo na północ. Dobiegliśmy do całkiem porządnej drogi i przez moment ruszyliśmy w stronę zupełnie przecwiną do PK2. Po szybkim nawrocie pognaliśmy w dół w dobrym już kierunku. Sam dobieg do PK2 prowadził przez łąkę na której trzeba było udawać niezmęczonego, żwawego i uśmiechniętego, bo hasało tam dwóch fotografów ;-).

Na PK3 udało nam się dojść całkiem sprawnie jakąś drogą, która o dziwo pokrywała się z kierunkiem w którym mieliśmy biec. W kierunku PK4 znów próbowaliśmy utrzymać jako taki azymut przez jeszcze bardziej gęste krzaki, do których dołączyły bagienka. Po pierwszej: nie do końca nam to wyszło. Po drugie: nie do końca wyszło nam wbiegnięcie w odpowiednią ścieżkę , którą mieliśmy dobiec na sam punkt. Droga którą biegliśmy, nie znalazła się na mapie, dlatego też trudno było dobiec nią do punktu. Dobiegliśmy do kolejnej drogi i do kolejnej i po jakiś 10 minutach krążenia, udało nam się trafić na punkt na szczycie skały. Zaniepokoiło trochę to, że z 17 minut przewagi na starcie, po 10 minutach błądzenia i niezbyt pewnych dobiegach na PK, mogło zostać tyle co nic. Odbiegając od PK4 już oglądałem się za siebie, ale na szczęście nikogo nie wypatrzyłem.

Do PK5 biegło się już całkiem przyjemnie, ostro w dół, tutaj prawie nie dało się zgubić. Dlaczego prawie? Opiszę kawałek dalej.

Z PK5 na PK6 organizatorzy wymyślili rywalizację o tytuł najlepszego górala. Nie brzmi to fajnie, bo oznacza że będzie ostro w górę – logiczne. Jakieś 210 metrów w pionie, 1000m w poziomie. Dobrze dodać, że zwycięzca klasyfikacji na najlepszego górala pokonał ten 1km w 14:28 min. Nam się udało zamknąć 18:00 min, wczłapując się na szczyt na 12 miejscu w klasyfikacji.

Klasyfikacja na najlepszego górala

Na PK7 zasuwało się dłuuugo w dół. Jak się potem okazało, tak nam się dobrze zbiegało, że zbiegliśmy za nisko, aż do rzeki. Bardziej optymalnie było zatrzymać się jednej z  przecinanych dróg i pobiec nią wzdłuż zbocza. Mieliśmy krótszą drogę, ale na pewno cięższą i podejrzewam, że dłuższą w czasie. PK7 był dumnie chroniony w dolinie przez kolejne partie krzaków do których dołączyły chaszcze, kolce i inne takie. Szybko zdecydowaliśmy, że z punktu jak najszybciej musimy znaleźć się na drodze, dlatego zamiast wzdłuż rzeki, pognaliśmy prosto do góry na północ. Opłaciło się, do PK8 dało się nawet biec, wybiegając na piękną polanę i prościutko na punkt. Tutaj spotykamy dziewczyny-liderki Weronikę Białą i Agę Staniewską (szacun!), którym to Lewi wyskoczyli z lewej strony.

Do PK9 (prawie na granicy Polsko-Czeskiej) biegło się pięknie, szybko i krótko. Oglądam się za siebie, a na polanie, w zasięgu wzroku dziewczyn nie widać. Wtedy tego nie rozumiałem, ale było tu tak pięknie, że postanowiły sobie zwiedzić kawałek pobliskiego terenu, zanim znalazły punkt.

video: Dziewczyny podbijają PK8, odbiegamy na PK9, a dziewczyny zostają pozwiedzać.

Będąc już na dużej wysokości – nie będzie ogromnych podbiegów, mając za sobą większość trasy – nie będzie już daleko. Do tego piękne widoki, przed nami długi zbieg do punktu żywieniowego. Zrobiło się relaksacyjnie. Dobieg do PK10 bardzo prosty i przyjemny, dało się zejść nawet poniżej 5min/km, chyba pierwszy raz na tych zawodach! Na żywieniowym nie zagościliśmy długo, kubek wody, batonik i w drogę. Tak to jest, jak nie wiesz jaką masz przewagę nad goniącymi rywalami, szkoda każdej minuty.

video: Podejście na PK11 “skalne wrota”

PK11 był na tym samym grzbiecie, co finisz rywalizacji dla górali – PK 6. Do dziś współczuję dwóm teamom, które tutaj spotkaliśmy i poinformowaliśmy, że na PK5 muszą wrócić długą drogę w dół, żeby zaraz wrócić do góry na PK6. Tu się należy chyba jakaś specjalna nagroda, za podwójne pokonanie premii górskiej!

PK12 położy na ciekawych ruinach zamku, dobieg szlakiem. Dalej już tylko z górki. Na PK13 cała masa zespołów miała problemy, okazało się że punkt był trochę źle ustawiony. My na szczęście nachodziliśmy punkt wzdłuż rzeki, więc nie było możliwości go nie znaleźć. Wariant mieliśmy dłuższy, ale pewny. Tutaj ukłon w stronę organizatorów, bo po komunikatach o źle ustawionym punkcie, migiem pojechali go przestawić w dobre miejsce dla kolejnych zawodników!

PK14 – kapliczka na polanie. Prawie wszyscy po wybiegnięciu z lasu, zbiegali trochę za nisko, my nie byliśmy wyjątkiem przez co czekała nas jeszcze jedna nieduża wspinaczka. W rzeczywistości, tym razem był to nieznaczny błąd na mapie, kapliczka była wyżej niż na mapie, pod samym lasem. Różnica normalnie pewnie nieodczuwalna, ale na koniec drugiego dnia zasuwania po górach, 20 metrów przewyższenia więcej dało każdemu w kość. Na szczęście znaczna większość teamów biegła tym samym wariantem, więc nikt nie został poszkodowany. Z PK14 było już pięknie widać lokację ostatniego na rajdzie punktu, wystarczyło tylko zbiec w dolinkę, wbiec kawałek do góry i jest on, ostatni PK! Tutaj kolejna rywalizacja – najszybszy finisz od ostatniego PK do mety. Wygrał Jan Kłopocki z czasem 2:07, Krzysiek na 3 miejscu z czasem 2:11, ja na 8 miejscu z czasem 2:16.


Klasyfikacja na najszybszego sprintera

Na mecie czekali na nas zwycięzcy, team Janusze Orienteeringu w składzie Mateusz Mioduszewski, Maciek Ners. Chłopacy, ogromne pokłony w waszym kierunku. Janusze z uśmiechem na twarzy wkopali nam 22 minuty, trzeciemu teamowi, braciom Muszyńskim 54 minuty, a kolejnym zawodnikom prawie 1,5 godziny (!)

Atmosfera na mecie była fantastyczna, kiedy dołączały do nas kolejne wymęczone, ale zachwycone teamy. Potem czekały na nas jeszcze kolejne piwka schłodzone przez Białą Lądecką. Na ceremonii dekoracji zostało nas wyjątkowo dużo, to tylko podkreśla, że nikt wcale nie chciał wracać do domu z tej imprezy! Po przyozdobieniu zwycięzców tytułami Muflonów, trzeba było niestety ruszyć do domu.

Jestem stałym bywalcem imprez z cyklu Pucharu Konwalii. Zawsze byłem zadowolony z organizacji, z tras, atmosfery i formuły zawodów. Wychwalałem bardzo przemyślane trasy, nie tylko nakreślone na mapie, tylko skrzętnie opracowane po licznych rekonesansach. Tym razem jednak ekipa Pucharu Konwalii przerosła samych siebie. Poczynając od oryginalnego miejsca na mapie Polski, poprzez wyśmienitą lokalizację, dwudniową formułę, pobudzające do rywalizacji odcinki specjalne (najlepszy góral, najlepszy sprinter) aż po odpowiednią dla wszystkich dawkę zimnego piwa (chyba największa atrakcja w ilości 500 butelek, z którą też sobie dzielnie poradziliśmy, brawa!). Naprawdę brak słów, impreza ma murowane miejsce w kalendarzu za rok chyba u wszystkich, którzy wzięli w niej udział. Za rok będzie nas jeszcze więcej, a czy będzie fajniej? Poprzeczka postawiona tak wysoko, że będzie ciężko ;-).

Wyniki kategoria męska:

Endomondo: Etap I Etap II

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o