Nocny Marek 2017

Udostępnij:
Share

Ten sezon zdominowany jest przez cykl zawodów na orientację Pucharu Konwalii. Po bardzo udanym starcie we flagowych zawodach – Rajdzie Konwalii przyszła pora na start na moim terenie, w Bydgoszczy. Baza ulokowana została w szkole w Fordonie, jakieś 10km drogi od domu.

Na start stanęliśmy jako liderzy Pucharu Konwalii. To piąty z sześciu startów w tym cyklu, więc dobrym wynikiem mogliśmy zapewnić sobie już miejsce na podium na zakończenie po grudniowym Rogainingu Mikołajów. Lekka presja została kompletnie przyćmiona przez adrenalinę towarzyszącą pierwszemu w życiu nocnemu rajdowi Adventure Race (piąty taki start w ogóle). Co prawda z biegiem w nocy mieliśmy już do czynienia dziesiątki razy, ale kajakiem w nocy nie pływałem nigdy, a rowerem w nocy to wracałem tylko po nadgodzinach z pracy.

Schemat rajdu przedstawiał się następująco:

Etap I – Bieg 22km

Już godzinę przed startem dostaliśmy mapy, żeby zaplanować optymalną dla nas trasę. Nie przysporzyło nam to specjalnej trudności, poza jednym – pierwszym punktem. Pierwsza myśl: od startu na południe – spoko, ale za blisko osiedla, do tego jakieś dziwne jary – może to podpucha. Wynaleźliśmy jakąś alternatywną drogę, kawałek na północny zachód od startu – tak będzie lepiej! No i gówno prawda, nie było lepiej… Na samym starcie sprytnie poczekaliśmy, żeby zobaczyć jak pobiegnie czołówka, no ale na nic się to zdało bo i tak utrzymaliśmy się zaplanowanej dziwnie przez nas trasy, nic nie dało nam do myślenia, że biegniemy tą trasą sami, a nawet się cieszyliśmy że ogramy innych na wariancie… Na podbiegu pod górkę spotkaliśmy tylko M. Jędroszkowiaka, choć kiepskie to pocieszenie, bo on biegnie trasę pieszą, nie Adventure Race. Skupiliśmy się na wykorzystaniu adrenaliny -nie ważne w którą stronę, ważne że w tempie takim, że pod górkę Michała zostawiliśmy w tyle. Dodało nam to wiatru w żagle, jednak tym pięknym tempem zasuwaliśmy kompletnie nie w tą stronę co trzeba, o czym przekonaliśmy się trochę za późno, dobiegając już do jakiegoś skraju lasu, którego być tam nie powinno. Przy dobrze obranym wariancie powinniśmy już być przy PK1, jednak byliśmy od niego jeszcze dalej, niż na starcie. Szybko zorientowaliśmy się, gdzie rzeczywiście jesteśmy no i zasuwamy prościutko na południe, „już” w kierunku punktu. Przed nami widzimy poświatę od czołówek tych, którzy pobiegli na PK1 normalnie. Zanim dobiegliśmy, pewnie z kilkanaście teamów było już przed nami, całe szczęście, że lubimy gonić :-).

Z PK1 plan był prosty, znaną mi (z rowerowych wojaży po Fordonie) drogą biec przy zboczu i skraju lasu. Plan spalił na panewce już pięć metrów po odbiegnięciu od punktu. Pobiegliśmy znowu nie tam gdzie trzeba, ale byliśmy na tyle zainteresowani wyprzedzaniem innych teamów, że dopiero dobiegnięcie do skraju lasu zmotywowało nas do rozejrzenia się, gdzie to właściwie jesteśmy. I takim to przypadkiem obraliśmy całkiem optymalny i co dla nas najważniejsze (czuliśmy power w nogach) – szybki wariant. Kilkaset metrów przed PK2 spotkaliśmy Marka Muszyńskiego z Małgosią Trawczyńską (dalej uśmiechniętą – nic się nie zmieniło, choć w nocy gorzej widać), więc mimo co najmniej dziwnego początku, wiedzieliśmy, że nie ma tragedii – w końcu to jeden z najmocniejszych z mieszanych zespołów. Dobieg bezpośrednio do PK2 był już bardzo pewny, przy okazji dogoniliśmy kolejne teamy, w tym bardzo mocny Morenka Team (Marcin Sontowski, Mariusz Łosiewicz), który obrał wariant wzdłuż rowu przez krzaki. My obraliśmy wariant z dobiegiem trochę na około, ale dobrze przebieżną drogą, dzięki czemu od PK2 odbiegliśmy już przed chłopakami, czyli jest już bardzo dobrze.

Na PK3 pobiegliśmy na czuja, „mniej więcej tam”, mając nadzieję, że rzeczka przed dobiegiem do asfaltowej drogi nie będzie ani zbyt zimna, ani zbyt szeroka. Na szczęście była na tyle wąska, że nie udało nam się przekonać, czy woda jest zimna, tylko sprawnie ją przeskoczyliśmy. Hop przez dziurę w płocie i już jesteśmy na asfalcie, gdzie dogoniliśmy kolejnego zawodnika, cierpliwie czekającego chyba na swojego zagubionego towarzysza ;-).

PK3 wydawał się wręcz banalny. Po długim przebiegu prosto na punkt, rzeźba terenu zaczęła trochę mylić i kusić do skrętu w lewo. Trzeba było zachować niezłą czujność i pilnować się obranego kierunku, żeby trafić w dobrą muldę. W drugim zagłębieniu terenu, na lewo od punktu, było widać kilka czołówek – jakieś dwa zespoły szukały punktu nie tu gdzie trzeba, więc szybko, pyk-myk, i punkt podbity – kolejni za nami!

Na PK4 dobieg bez żadnych atrakcji, a do tego wkraczamy na znany nam teren – Myślęcinek! Na długiej prostej nie widzimy nikogo przed nami, nikogo za nami – jest chyba nieźle. Noga niesie super, mimo kompletnego braku treningów (jedynie starty w tym roku).

Z PK4 na PK5 złapaliśmy się trochę na bieganiu po znanym terenie na pamięć. Wariant obraliśmy na zasadzie „tędy z kumplami na piwo chodziłem, lepszej trasy nie ma”. A właśnie, że jest, ale z kumplami na piwo z mapą nie chodziłem… Wariant dłuższy, ale za to dość szybki i bardzo pewny, mając taki power w nogach, myślę że nie wiele straciliśmy. I tak, przebiegając wzdłuż bydgoskiego ZOO, wbiegamy na dokładniejszę mapę do biegu na orientację.

Punkt A przez krzaki, ale pewnie, na B pobiegliśmy znaną mi z Terenowej Masakry i z biegów City Trail trasą, po czym jakoś udało nam się wspiąć na najwyższą górę w Myślęcinku na szczycie stoku narciarskiego (na pograniczu przepięknego ogrodu botanicznego) po drodze spotkaliśmy wracających już z punktu Jacka Gallę i Irka Waługę. Spotkać na trasie takich zawodników, mając ledwie kilkuminutową stratę, to znaczy że jest się bardzo wysoko w stawce, a dokładniej – na drugim miejscu. To dało nam dodatkowego kopa. Punkty C, D, E, F, G bez przygód. Trochę znajomymi ścieżkami, trochę opracowanymi już na tegorocznym Bydgoszcz City Race wariantami. Na punkt H wbiegliśmy bardziej niż pewnym wariantem, okazał się ustawiony w trochę innym miejscu, jednak udało się go namierzyć i polecieć dalej. Wybieg z dokładnej mapy na mapę podstawową zawsze sprawia trochę trudności, ale tym razem udało się to bez problemów i po błyskawicznym namierzeniu punktu, pognaliśmy co sił w nogach w kierunku strefy zmian i zarazem startu etapu kajakowego.

Przed wypłynięciem na Brdę, czekało nas zadanie specjalne w postaci odnalezienia jednego punktu poprzez radioorientację (biega się z anteną wychwytującą sygnały nadawane przez punkt – im bliżej jest się punktu, tym częściej i wyraźniej „pika” – to tak po krótce). Wybiegając na zadanie specjalne spotkaliśmy wracających liderów, więc wiedzieliśmy, że dalej depczemy im po piętach.

Etap II – Kajak 9km
Wsiedliśmy do kajaka i na nasze nieszczęście był to nasz pierwszy raz w nocy ;-). Początkowo nie widzieliśmy czy płyniemy w krzaki, czy wzdłuż rzeki, ale szybko wzrok się przyzwyczaił i mogliśmy zasuwać wiosłami wzdłuż Brdy w kierunku miasta. Nurt był, delikatnie mówiąc, wartki, więc tempo było więcej niż zadowalające. To była dla mnie największa ulga, bo na kajaku moje niezbyt okazałe bicepsy kiepskawo sobie radzą. Może też pomógł mi tutaj przeprowadzany właśnie remont i przymusowy trening mięśni rąk przy kładzeniu i szlifowaniu gładzi w całym mieszkaniu. Oprócz tego na pewno pomogły nam wynalezione przez Krzyśka w pracy rękawice. O ich przydatności na kajaku zimą, przekonałem się już na rajdzie Krajna Adventure Race.

Etap III – Bieg na orientację 4km

Pierwszy etap kajakowy kończył się na Wyspie Młyńskiej, gdzie czekała na nas 4-kilometrowa pętla po Bydgoskiej Starówce. Bardzo dziwne były miny ludzi w sobotni wieczór spotykających dziwaków z czołówkami i mapami biegających po mieście w tylko nam znanych kierunkach. Dziwaków trzęsących się z zimna, bo przemoczone w kajaku spodnie, w połączeniu z wiatrem i temperaturą ledwo co na plusie, nie pozwalały czuć się komfortowo…

Do pokonania trasy po starówce otrzymaliśmy ortofotomapę z zaznaczonymi punktami w mieście. Obraliśmy kolejność zgodnie z alfabetem, JKLMN. Trasa okazało się przyjemnym, 20 minutowym rozruszaniem mięśni w przerwie między dwoma dość długimi etapami kajakowymi.

Etap IV – Kajak 13km

Po szybkiej miejskiej pętli powrót do kajaka. Do ciepłego kajaka – tak! W kajaku nie wieje w przemoczone nogi, więc jest super ciepło i komfortowo. Kolejny etap kajakowy przebiegał dalej Brdą, aż do toru regatowego (pierwotnie miała tam być przenoska i jeszcze kawałek Wisłą, jednak niestety pogoda zmusiła organizatorów do skrócenia trasy od ten etap. Byłoby zbyt niebezpiecznie, żeby przy tym wietrze i tej fali pływać po północy w połowie listopada Wisłą – Brda wystarczyła). Im bliżej toru regatowego, a co za tym idzie – śluz, wstrzymujących nurt rzeki, tym płynęło się wolniej i trudniej. Jednak dłużące się kilometry mijają z każdym ruchem wiosła, co motywowało do jeszcze mocniejszego zasuwania.

Etap V – bieg 7km

Po etapie kajakowym znowu niestety trzeba było z niego wysiąść i zacząć nierówną walkę na biegowym etapie do bazy zawodów (ok 7 km). Walka z wiatrem, zimnem, bólem przemarzniętych i zastałych mięśni, z samym sobą, z twardymi z zimna batonami, z mokrymi butami, z łapiącą co krok kolką no i z wyjątkowo wolno zbliżającą się metą etapu biegowego. Oj jak ja marzyłem już o tym, żeby wsiąść na czekający tam rower… I tak jakoś krok za krokiem, zaczynało być cieplej, nogi jakoś się rozgrzały, kolka odpuściła i jakoś na czuja przez Fordońskie osiedla, dobiegliśmy do bazy.

W bazie spotkaliśmy znowu Jacka i Irka, więc strata nie była wielka (kilkanaście minut). Po przebraniu się, przepakowaniu i uzupełnieniu zapasów batonów i picia, ruszyliśmy do kolejnej nierównej walki z rowerem…

Etap VI – Rower 50km
Szybko śmignęliśmy w kierunku PK6, który okazał się zdradliwy, przez co na samym punkcie mieliśmy minutę (!) straty do liderów (przy punkcie chłopaków nie widzieliśmy). Problemem było tutaj wyczucie odległości i trafienie w odpowiednią drogę za mostem, który kończył się już dość daleko po minięciu samej Wisły. Ruszyliśmy dalej, do PK7. Drogi w tym lesie były tak rozkopane, że nie nadawały się do przejścia, a co dopiero do przejechania rowerami. A iść i pchać rower, to najgorsze z możliwych rozwiązań, no ale inaczej się nie dało, tempo było gorzej niż słabe. Po dotarciu do jednego z wzgórz, wsiadamy na rowery. Z górki na pazurki po kawałku twardej drogi i nagle jakoś dziwnie czuję jak każda nierówność terenu i każdy kamień przenosi się wyraźnie na kierownicę. Powietrza w dętce z przodu brak, kompletne zero.

Pech chciał, że dzień przed startem zmieniałem dętkę z tyłu, przy okazji przerzuciłem sobie oponę z tyłu na przód i nie pomyślałem przy tym, że coś w tej oponie mogło zostać. Zmieniamy więc szybko dętkę, a jako winowajcę utraty powietrza uznałem starą już dosyć łatkę na starej dętce. Pełni zapału do nadgonienia strat, po 15 minutach postoju ruszamy dalej. Dojechaliśmy do PK7 trochę dziwnym wariantem. Zboczyliśmy z głównej drogi, która nie była przejezdna i przebiliśmy się na południe do przecinki, która była szybsza, a do tego kierowała prosto na punkt. Po podbiciu odjeżdżamy dalej w kierunku PK8.

Okropny las zmienił się w całkiem przyjemne szutry i aż miło się pedałowało, w końcu tempo rowerowe. W połowie przejazdu szybką drogą pożarową, znowu brak powietrza z przodu. Szybko ściągamy koło, oponę, dętkę. Sprawdzam dokładnie oponę i co? I kawał zszywki wystaje od środka. Wyciągam go, chowam go do kieszeni na pamiątkę, zakładamy tym razem na dętkę łatkę i jedziemy dalej. Kolejne 15 minut w plecy, no ale jeszcze nikt nas nie dogonił, więc motywacja dalej jest spora. Dojeżdżamy dziwnymi drogami do PK8 w pełnym skupieniu na mapie, bez żadnego błądzenia i co? I znowu to samo. Zaczęliśmy już dyskusję, czy wycofać się i wracać pieszo, czy dzwonić po kogoś. Krzysiek wpada na genialny pomysł, żebyśmy na zmianę biegli i jechali, przecież to tylko koło 40km… Chyba łatwiejsze i szybsze byłoby zadzwonienie po mobilnego wulkanizatora. Szybko wybiłem mu ten dziwny pomysł z głowy. Rozstawiliśmy się przy punkcie 8, niczym wolontariusze na Harpaganie rozświetlając rywalom drogę do punktu. Tutaj dogonił nas peleton 3 teamów, co dobiło gwóźdź do trumny, powodując spadek motywacji do poziomu poniżej zera… W tej chwili wygrywały myśli o odpuszczeniu i powrocie do bazy. Wybiłem sobie to szybko z głowy, do czego między innymi zmotywował nas M. Sontowski szybką mową motywacyjną o nie poddawaniu się (dzięki, takie słowa w takiej chwili bardzo pomagają!). Załataliśmy feralną dętkę jeszcze raz. Na szczęście Krzysiek kleił ostatnio mapnik porządną taśmą, którą wykorzystaliśmy. Skuteczność taśmy do łatania dętki miałem już okazję przetestować w przeszłości, przejechałem kiedyś 2 lata na dętce załatanej zwykłą taśmą klejącą, uszczelnioną ciśnieniem dociskającym ją do opony ;-).

No i ta metoda okazała się niezawodna. Na PK9 jechaliśmy widząc gdzieś w oddali uciekający peleton, przy PK9 minęliśmy się kolejny raz. Oni odjeżdżali od PK, my dojeżdżaliśmy. Wiedziałem że dogonienie ich będzie prawie niemożliwe. Cykl Pucharu Konwalii, do którego zaliczają się te zawody polega jednak na tym, że nie tylko miejsce się liczy, ale przede wszystkim czas, a za każdą minutę mniejszej straty do najlepszych dostaje się kolejne punkty do rankingu, w którym prowadzimy i nie mieliśmy zamiaru oddawać tej pozycji.

Z PK9 obraliśmy wariant przy Wiśle, mając lekką nadzieję, że może tak dogonimy czołówkę. Nic z tego, 6-osobowy peleton był nie do prześcignięcia. Z PK9 na PK10 przejechaliśmy znów przez Wisłę do Bydgoszczy i parę kilometrów zasuwaliśmy pięknym wałem przeciwpowodziowym, widząc przed nami znowu peleton, który oddala się już w kierunku następnego PK. Dalsza część trasy prowadziła na tyle oczywistymi wariantami, że nie był szans na dogonienie ich. Na PK11 prowadziła przepiękna, ale niezbyt rowerowa trasa przez wąwóz, uwieńczeniem czego był punkt widokowy na dolinę Wisły (szkoda tylko, że było koło 2 w nocy i było przez to dość ciemno, więc widoki były skąpe). Dojeżdżając do ostatniego PK, spotkaliśmy kolejny raz uciekający nam peleton, który zmierzał już w stronę mety. Sprawnie znaleźliśmy ostatni PK i pognaliśmy do mety drogą znaną nam już z pierwszego etapu tego rajdu (tak, to tu zrobiliśmy ten duży błąd, nikt inny raczej tędy nie biegł 😉 ).

Dojeżdżając do mety mieliśmy świadomość, że Jacek z Irkiem odsadzili nas pewnie o jakieś 1,5 godziny, a co za tym idzie, dorobek do Pucharu Konwalii będzie raczej skromny. Na mecie jednak okazało się, że do pierwszego miejsca straciliśmy zaledwie 41 minut, a do drugiego miejsca… 7 minut! Jak na tak długi rajd, niesamowicie ciasno w czołówce. 5 zespołów dojechało na metę w przeciągu nieco ponad 40 minut, przy czasie ok. 11 godzin.

Jakby tego było mało, rano, pokorni opuszczamy powoli bazę, żegnamy się z organizatorami, i co? Przytrzymują nas, bo okazało się, że jesteśmy na 3 miejscu w kategorii męskiej (wyprzedziły nas dwa mieszane teamy, a nie jak myśleliśmy przez całą noc – jeden).

Miłe zaskoczenie, zakończone wizytą na podium, oklaskami, zdobyciem vouchera na dowolne zawody z cyklu w roku 2018 – super! :-). Dzięki wszystkim tym dziwnym przygodom, zbiegom okoliczności i rotacjom w stawce, rajd zostanie w głowie na baardzo długo, choć lekki niedosyt, po straconych 50 minutach na łataniu dziadowskiej dętki, pozostanie.

Żeby nie było za nudno, udało nam się utrzymać prowadzenie w cyklu Pucharu Konwalii, zapewniając sobie jednocześnie dwa pierwsze miejsca. Na Facebooku doczytałem już o zachętach do bratobójczej bitwy na ostatnich zawodach – Rogainingu Mikołajów. Kuszące, choć z mojej perspektywy wynik tej „bitwy” jest raczej przesądzony, jednak jak pokazał tegoroczny Nocny Marek – w tym sporcie kompletnie NIC nie da się przewidzieć.

Zapis GPS: http://sledzgps.pl/events/replay/107
Endomondo: https://www.endomondo.com/users/7170443/workouts/1034309557
Wyniki Nocny Marek: http://rajdkonwalii.pl/nocnymarek/wp-content/uploads/2017/11/WynikiAR.pdf
Wyniki Puchar Konwalii: http://rajdkonwalii.pl/PK2017_M.pdf

3 thoughts on “Nocny Marek 2017

  1. najgorsze czego się zawsze na rajdach spodziewam to przebitej dętki w rowerze całym ubłoconym w nocy i jeszcze jak deszcz pada :P, nie wyobrażam sobie tego.

    1. Trening czyni mistrza, za trzecim razem doszlismy juz do niezlej wprawy ;-). Ale fakt, caly czas juz jechalem spiety, czy i kiedy to znowu sie stanie…

      1. W poprzednim roku pożyczyłem rower od znajomej (nie jeżdziłem na rowerze od wielu lat). Już pierwszego dnia jadąc po lesie przebiłem dentkę oczywiście nie miałem pojącia jak się ją wymienia więc szedłem godziną z lasu prosto do serwisu. Jak mi ją wymienili stwierdziłem, że zrobię krótką pętlę po lesie i oczywiście przebiłem dentkę drugi raz. Wtedy stwierdziłem, że rowerzystą to ja nie będę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *