Pazur Gryfa

Udostępnij:
Share

Decyzję o starcie podjąłem dość krótko przed startem. Uzbieraliśmy 3-osobową ekipę z Bydgoszczy z Tomkiem Kowalskim i Marcinem Kańskim, którego już w drodze na zawody przekonaliśmy do przepisania się na TP50, bo bez sensu jechać taki kawał drogi żeby przebiec się 15km. Tyle, że nie wiedzieliśmy jeszcze, jak to wszystko będzie wyglądało w lesie…

s-1-2-3

Pełen energii wyleciałem po starcie na przodzie stawki zasuwającej na PKT 9. Naiwnie spodziewałem się dość prostego punktu, tak jak cała zgraja, która szybko zwolniła i zaczęła czesać okolicę. Punkt na samym skraju czegoś, jakby półwyspu w środku rzeczko-bagna, za pokrzywami i krzakami, zawieszony „od tyłu”, że widoczny był dopiero z odległości około metra. Dobra zapowiedź na dalszą trasę, rzeczywiście 7 godzin do złamania może być ciężkie (organizator stawiał flaszkę za złamanie 7 godzin). Dalej trochę bezsensownie poleciałem po pkt 3 i dopiero dalej na pkt 2, gdzie po drodze spotkałem kilku piechurów, którzy też dziwili się, po co leciałem po „trójkę” teraz, zamiast przy powrocie. No ale cóż… trzeba zasuwać dalej.

3-4-5Przy pkt 2 wyprzedziłem kolejnych, którzy nie wpadli na genialny pomysł zaliczania wcześniej pkt 3. Jakoś dobrze mapę czułem, postanowiłem nie nadrabiać dystansu bieganiem naokoło. Gdzieś w połowie przebiegu między 2 – 10 dogoniłem jeszcze Artura Fankidejskiego, kolejny który był zaskoczony oryginalnością mojego wariantu. Pkt 10 bez najmniejszych problemów, nareszcie ustawiony tak, że nie trzeba drzewa dookoła obchodzić. Dalej z górki na pazurki do wodopoju, kolejny zawodnik dogoniony, tym razem biegający, czyli wróciłem gdzieś w okolice chyba czołówki, która obrała podobny wariant.15-6-7Z Pkt 5 na 13 prosty, biegowy wariant – oczywiście pobiegłem nieistniejącą na mapie drogą koło jakiś domków, ale szybko nawróciłem się na dobrą drogę i mogłem dalej zasuwać. Na długich, nudnych przebiegach moim ulubionym chyba zajęciem jest liczenie śladów butów, które biegły tu przede mną. Naliczyłem się dwóch par, domyślałem się, że to pewnie dwa Marciny; Hippner i Sontowski. Jeszcze trochę startów i będę rozróżniał, kto jaki ma wzór podeszwy. Przed samym pkt 13 jest piękny zakręt i na wprost prowadzące piękne linie elektryczne, no to dzida wzdłuż nich, pewnie to ta ścieżka prowadząca do punktu. Wspinam się pod tą górę, słońce zaczyna już przypiekać i co? I nic, to chyba jednak nie ta ścieżka. Szybki reset w głowie, na starcie mówili, żeby lepiej się trzymać rzeźby terenu, a nie ścieżek, które kiedyś tu pewnie istniały, ale to było raczej dawno i nieprawda. No ale udało się, nie jest tak źle, takie błędy to mogę popełniać i będzie dobrze. Do pkt4 spokojnie, pewnie, długo i trochę nudnawo, ale znalazł się dobry moment na „bufet”.

7-8-9

Z pkt 4 całkiem ładnie przeleciałem przez jedną polankę, do brzegu drugiej i do strumienia. Od końca strumienia pójdę sobie idealnie na wschód i będę miał punkt – proste. Tym bardziej, że punkt to pokaźnych rozmiarów głaz „smocze jajo”. Kierunek utrzymałem taki nawet, odległościowo też się mniej więcej zgadzało, ale to wszystko. Po pierwsze, koniec strumienia nie był w rzeczywistości końcem strumienia, po drugie krzaki nie do przejścia, po trzecie inne kamienie wręcz krzyczące do mnie „to przy mnie jest punkt”, po czwarte jakieś dziwaczne ścieżki kuszące do przejścia się po nich, po piąte rozpraszające uwagę jelenie, i po szóste rozpraszający uwagę Marcin Hippner, który też jakoś w takim dziwnym miejscu tego punktu szukał po czym zniknął mi z zasięgu wzroku szybciej niż te piękne jelenie. W końcu pokusiło mnie na dojście w okolice drogi i na dojście na pkt od południa. I to było dobre wyjście, wspólnie  z piechurem udało nam się wypatrzeć ten wielki głaz. Spodziewałem się, że tak czy inaczej dużo tu nie straciłem, bo oba Marciny też tu błądziły. Do pkt 1 dalej skusiłem się jak najkrótszym dystansem, za to po niezłych górkach, przez co tempo spadło do spacerowego. Pkt 1 znowu w krzakach, znowu zawieszony „od tyłu”. Upał już tak dał mi się we znaki, że pojawiły się okropne skurcze przy przechodzeniu przez przewalone drzewa. Czułem, że chyba trochę przegiąłem z tempem na tej szybszej „połowie” trasy.

9-10-11

Między pkt 1 i 11 już fragmentami musiałem iść, a nawet usiąść, żeby rozluźnić mięśnie. Pkt 11 żywieniowy przy „Niagarze”, przyjemne miejsce.

img_20160702_111820

Szybko pochłonięty wafelek, uzupełnienie wody, trochę na schłodzenie głowy i jazda dalej. Pkt16 „źródlisko” brzmiał dziwnie i tak było w rzeczywistości, zbiór kilkunastu chyba źródełek w jednym miejscu.  Punktu szukałem trochę za wcześnie. Po tym jak zawieszone były poprzednie punkty, obchodziłem dookoła prawie każde drzewo, brodząc po kostki w błocie, wodzie i innych mokrych wytworach. Pkt był dalej, o dziwo – widoczny z daleka idąc z mojego kierunku!

beznazwy

Upał dał się we znaki – odwodniony mimo praktycznie ciągłego picia, przegrzany, musiałem zrobić przerwę na siedząco z powodu okropnych skurczy. Do tego czacha już też nie działała jak trzeba i przed pkt8, mając już dość przedzierania się przez krzaczory, pognałem ładną drogą, ale trochę nie w tym kierunku… Długo mi zajęło, zanim się odnalazłem, teraz dziwię się dlaczego, jeśli tu wszystko się z mapą prawie zgadzało (no może oprócz płotów), ale wtedy to gdzie jestem było zagadką nie do rozwiązania. Pkt8 – kurhan, nie do końca wiedziałem jak to ma w lesie wyglądać, ale wyłoniła mi się przed oczami jakaś dziwna górka, to było to. Na pkt 18 minąłem sporą ilość zawodników, którzy obrali odwrotny wariant. Powolutku, ale dobrze czytając rzeźbę udało mi się wejść idealnie na punkt, trochę się podbudowałem po poprzednich błędach, ale to dopiero początek katorgi…

13-14-15-16

Tak jak szybko się podbudowałem, tak szybko czar prysł. Jakieś dziwne złe głosy przekonały mnie, że ta piękna droga w lewo na pewno nie jest tą która prowadzi pod sam pkt 7. Posłuchałem ich i wygrały, znowu okropnie zamotałem, pobłądziłem, ale w końcu złe głosy odpuściły i znalazłem kolejny wielki głaz z punktem obok. No to po kolejnej porażce już będzie dobrze, teraz powolutku, od drogi trzeba najść na pkt 21. No i jestem na jakiejś ścieżce, nawet ktoś tam wracał z punktu, to jest dobrze! Szybki look na opis „Księżna Anna (pomnik przyrody)”. No to biegam, szukam jakiegoś pięknego dębu, czy innego ogromnego drzewa. A tu nic. Wbiegam na jakiś mostek, dalej szukam pomników przyrody. Po kilkunastu chyba minutach znowu wbiegam na ten sam mostek, odwracam się i jest punkt. Ale na jakimś krzaku, pomnikiem przyrody bym tego nazwać się nie odważył – i miałbym rację, bo opis punktu to „kaskada”, a pomnikiem przyrody będzie pkt20… Przypomniały mi się Jesienne Trudy z poprzedniego roku, jak pomyliłem „skraj tarasu” ze „skrajem lasu”… Morale spadły do zera, więc powolutku i ze spokojną już, zniechęconą głową na karku poleciałem do wodopoju przy kolejnym punkcie.16-17-18-19-20

Ciekawy odcinek, odległości między pkt, jak w BnO. Tylko mapa trochę nie ta. Aktualność drożni bliska zeru. Na pkt 14 po wyjściu nie wiadomo gdzie w końcu zaufałem intuicji i szedłem kompletnie na czuja i tu minąłem Łukasza Grodeckiego wracającego z punktu. Radość okropna, że nie spędzę kolejnych kilkunastu minut w poszukiwaniu punktu. Tym bardziej, że walkę z mapą zaczął urozmaicać „ciepły, letni deszczyk”. Dogoniłem go w dobiegu do pkt 19, który wspólnie podbiliśmy, o dziwo bez problemów. Pkt 6 przy jeziorku też zapowiadał się łatwo i przyjemnie, gdyby tylko nie te góry po drodze i znowu schowanie punktu tak, że głębiej w krzaki się nie dało. No to już prawie prosto do mety. Ale nagle przyglądam się z dziwnym wyrazem twarzy kompasowi, bo wskazówka północy jakby nie w tą stronę się ustawiła. Szybko zawróciłem, klap klap butami przez rzeczkę (tu chyba powinien być jakiś mostek, grobla czy coś w ten deseń, nie widziałem nic podobnego…). I tak już byłem przemoczony do suchej nitki, więc przejście przez rzeczkę nic nie zmieniło. Do pkt 20 rozpadało się już na całego, do tego co jakiś czas sobie jebło tak piorunem, że człowiek nawet sił dostawał nowych i nawet czasem jeszcze podbiegałem. Pomnik przyrody znaleziony, ten to wyglądał jak pomnik, nie to co wcześniej  na pkt 21…

20-21-m

Mimo, że jakoś mało żwawo głównie maszerowałem, to co jakiś czas doganiałem jeszcze innych piechurów, nawet udawało mi się ich gdzieś po drodze wyprzedzać. A tym bardziej, że chyba nikt z nich nie miałem jeszcze pkt9, a w tej pogodzie i po tylu km w nogach to już każde dalsze nadrabianie drogi to spora strata. Pkt 12 na rozgałęzieniu wąwozu znalazłem całkiem sprawnie, gdyby nie kilka efektownych wywrotek. A to o korzeń, a to mi błoto na zboczu nie pozwoliło do góry wejść. Mapa w kawałkach, ja w błocie, buty we wszystkim co runo leśne oferuje. Ale chyba się nawet uśmiechnąłem, bo pozostało mi dojście do asfaltu i mozolne dojście do mety.  Tu przestałem żałować, że podbiłem już na początku pkt3. Za mną pusto, przede mną pusto, więc tak sobie brodząc po zalanej drodze powiatowej, potykając się żwawo o pokaźne dziury w asfalcie, doczłapałem ostatkiem sił do mety. 7 miejsce, czas 10h 25′ (po Szago z czasem poniżej 6h, liczyłem na „Trochę” lepszy czas). Zwycięzca, Marcin Hippner, zasuwał w lesie ponad 8h, co mówi samo za siebie. Pełną trasę ukończyło 16 zawodników na 42 startujących. Ja jednak na swoich pokaźnych błędach mogłem godzinę urwać, wtedy byłbym zadowolony. Spróbuję się odegrać, do zobaczenia w Skokach na Szaga 2016. Na mecie w nagrodę czekała jeszcze ciepła woda i ciepły dwudaniowy wypasiony obiad.

Współtowarzysz podróży Tomek Kowalski rzutem na taśmę, 3 sekundy przed upływem limitu czasu wbiegł na metę z kompletem punktu. Marcin Kański, który zadebiutował na TP50 odpuścił 4 punkty ale dzielnie dotarł do mety z 62km w nogach.

13617439_914199988707935_363558608_n

68,71km || 10h 24′ || 7 miejsce.

beznazwy2

Wyniki: Wyniki
Zapis trasy: Endomondo
Przebieg rywalizacji zawodników GPS: 2drerun

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *