Szago 2013

Udostępnij:
Share

logo

Na szago wybrałem się po raz trzeci. To na tych zawodach zaczęła się moja przygoda z marszami na orientację. W tym roku na Szago zadebiutowałem na trasie rowerowej.

Od dawien dawna przymierzałem się do startu na dwóch kółkach, ale wymówek zawsze było miliard. A bo to mapnika nie ma, a bo to rower nie taki, a bo to piach będzie. W końcu jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, a że na Szago tak czy inaczej chciałem jechać jako piechur, to stwierdziłem, że przy okazji pobuszuję też na moim bicyklu.I tak zapisałem się, zapłaciłem (swoją drogą Szago jest wyjątkowo tanie – 50zł za wpisowe na trasę pieszą i rowerową razem) no i zacząłem szperać po internecie, co by tu zrobić z mapą podczas jazdy. Wersja pierwsza, najprostsza, najtańsza – będę po prostu ją trzymał w ręku/kieszeni. Ale dzięki zawziętości brata i dobremu wyposażeniu wydziałowego warsztatu, zaczęliśmy główkować. Co z tego wyszło? A świetnie wyszło! wydałem w castoramie 22zł na 3 obejmy do rur i aluminiowy kątownik. Do tego dodaliśmy kilka śrub, pręt gwintowany, jakoś poskręcaliśmy i już „coś” trzymało się stabilnie kierownicy i wydawało się, że nie ma zamiaru samoistnie odpadać. Jako właściwy „blat” użyliśmy przykrywki od pojemnika z Ikei, a na to folia przymocowana klipsami biurowymi (myślałem, że poodpadają, ale prawie żaden się nie odczepił). Stwierdziliśmy, że tyle wystarczy. Na 1 dzień przed startem zabrakło czasu na wymyślanie mechanizmu obrotowego. No ale tak czy inaczej, wyszło znacznie lepiej niż pomysł trzymania mapy w kieszeni. A wygląda to tak:

mapnik

No i takim oto sprzętem, z załadowanym plecakiem i mapą okolic wybrałem się na pociąg. Podróż wesoła, jako że był piątek, świeżo po wypłatach, to kilku gości przysporzyło wiele uśmiechu. Kupiłem bilet z Bydgoszczy Głównej do Szlachty, ale wypatrzyłem na mapie przystanek Rosochatka, skąd bliżej do bazy w Śliwicach (bezpośredniego pociągu do Śliwic z Bydgoszczy nie było). Wyczłapałem się z moim wehikułem, plecakiem (spory plecak) i… No właśnie i co? I nic, dosłownie nic tam nie było. Przystanek PKP Rosochatka jest schronieniem przeciwdeszczowym w lesie. 2 samochody odbierające wysiadających razem ze mną szybko przestały dawać jakiekolwiek w okolicy światło. Do tego okropna mgła, no ale czołówka na głowę, porządnie zapiąłem kask i w drogę.Czołówka niestety lepiej oświetlała krople mgły niż drogę, więc skupiłem się na brzegu drogi, którego postanowiłem się trzymać jadąc ślimaczym tempem. Byłem przerażony, ale jakoś dotarłem, 5 minut za organizatorem (http://www.endomondo.com/workouts/266937292/7170443).

W późniejszych godzinach zjechało się jeszcze kilka osób. Dwa piwa, prysznic, kolacja i spać. Rano start trasy 100km był godzinę wcześniej, więc siłą rzeczy wstałem razem z pozostałymi. Po starcie TR100, przebrałem się w swój iście kolarski strój. Jako, że było dość chłodno, to poratowały mnie getry biegowe założone pod spodenki z pampersem. Buty – biegowe asicsy, ale sprawdzone na rowerze, spisują się świetnie (ujechałem na nich ponad 200km to i teraz nie zawiodą). 5 minut przed startem szybkie uwagi organizatora, co i jak. Ucieszyło mnie, że punktami są wyraźne, bijące po oczach lampiony, a nie niewidoczne z 2 metrów kartki A4 przyczepione do drzewa. Szybkie spojrzenie na mapę. Nie wiem, jak wybiera się trasy na rowerowych mapach, wiedziałem jedno, że z ostatniego punktu na metę chcę mieć łatwą i szybką trasę. I w taki sposób jako ostatni punkt wybrałem punkt 4. Na początku chciałem też zaliczyć 5, podobno mógł być z nią kłopot (więcej ścieżek), dlatego chciałem to mieć z głowy. No i tak wystartowałem na punkt nr 1, z kilkoma innymi zawodnikami.

Start -> 1 (1)

1czas: 13min 15s
dystans: 3,541km

Pognałem do przodu. Chciałem najść na ten punkt od zachodu. Zmylili mnie wyjeżdżający z prawej stronie zawodnicy. Droga zaczęła mi zbyt mocno skręcać i już wiedziałem, że skręciłem za szybko. Dojechałem do torów kolejowych i zmieniłem wariant na południowe natarcie punktu. Trochę błota, trawy, już mi się podoba. Moje opony 1,75 szerokości i jakieś 0,5mm bieżnika (tak, za chwilę je wymieniam) ślizgały się na lewo i prawo, ale dało radę utrzymać dobre tempo.

 

1(1) – 2(5)

2Czas: 20 min 5s (łącznie: 33min 20s.)
Dystans: 5,438km (łącznie: 8,979km)

Stwierdziłem, że nie warto marnować czasu na wymyślanie jakiś skomplikowanych wariantów, dlatego wróciłem się do asfaltu (parę osób spotkanych przy punkcie wybrało ten sam wariant). Idealna dla mnie pogoda, trochę adrenaliny, ogromne chęci i jakoś stało się tak, że rywale zostali daleko w tyle. Najazd na pkt 5 od poludnia okazał się bezproblemowy, chociaż pamiętając słowa Artura przed startem, wolałem nachodzić na niego bardzo powoli i pilnować każdego metra. Punkt kawałek od drogi, ale dało radę dojechać bezpośrednio do niego nawet na moich cienkich 28-calówkach.

 

2 (5) – 3 (8)

3Czas: 23’10” (56’30’)
Dystans: 5,653km (14,632km)

Po piątym punkcie zacząłem mieć świadomość, że da radę złapać wszystkie 8 punktów, jeśli nie bedzie większych problemów, dlatego trzymałem się twardo planu A. Z piątki na północ rzeczywiście były jakieś dziwne ścieżki, przecinki. Całe szczęście, że nachodziłem od południa. Na oko, pilnując mniej więcej azymutu, co by za bardzo nie zboczyć, dojechałem do gruuubej i twardej drogi która doprowadziła mnie do Osiecznej. Bez problemu znalazłem odbicie od asfaltowej drogi i z problemami, ale przejechałem polną drogą pełną błota. Przy okazji wyprzedzając traktorzystę. Sam dojazd do ósemki fatalny. Wiedziałem już, że mój rower nie nadaje się do jazdy w piachu kompletnie (dlatego też cieszyły mnie deszczowe dwa poprzednie dni). A tu doczekałem się błoto-piachu rozdeptanego przez chyba setki koni. Każda część napędu krzyczała z bólu, a ja zaciskałem zęby i nuciłem cokolwiek co popadło, żeby tego nie słyszeć. Kawałek jazdy po polu i jest lampion!

 

3 (8) – 4 (7)

4Czas: 28’29” (1h 24’59”)
Dystans: 8,467km (23,099km)

Dalej nucąc, a raczej już śpiewając piosenkę, spróbowałem przemknąć wyjazd z tego rejonu nieco inną drogą (w sumie to przypadkiem, chyba za bardzo skupiłem się na piosence), udało się to zrobić trochę z mniejszym bólem niż dojazd do ósemki. Bóle zostały mi wynagrodzne przez drogę, która prowadziła na następny punkt. Sunąłem 25-30 km/h przez Starzyska, Osówek. Droga na tyle równa, że dało radę śledzić mapę bez zatrzymywania się. Dało radę nieźle wypocząć na tych kilku kilometrach. Przy okazji opanowałem 2 marsy, opróżniłem chyba z połowę bukłaka i jakoś odzyskałem siły. Była chwila na analizę tempa, stwierdziłem, że dam radę bez problemu (przeszło mi przez myśl, żeby cisnąć na złamanie 3 godzin). Pamiętając wyniki z poprzedniego roku, tylko jedna osoba skończyła pełną trasę w limicie, poczułem zapach podium. Szybko go jednak rozwiałem, bo reszcie może iść przecież tak samo dobrze. Lekka utrata skupienia na szczęście nie odegrała się na  mnie. Na siódemkę trafiłem łatwo szybko i sprawnie.

 

4 (7) – 5 (6)

5Czas: 19’55’ (1h 44’54”)
Dystans: 5,532km (28,631km)

Wariant na szóstkę asfaltowy, wiedziałem już gdzie skręcić wracając z siódemki. Kolejna chwila na Marsa, na kilka łyków izotonika i na lekkie dokręcenie mapnika (zaczął telepać i wpadać w jakieś fatalnie brzmiące drgania). Najazd na szóstkę prosty, choć zacząłem szukac punktu z 200m wcześniej. Miałem pewność, że jestem na dobrej przecince, dlatego pojechałem dalej, gdzie znalazł się punkt.

 

5 (6) – 6 (2)

6Czas: 35’12” (2h 20’08”)
Dystans: 9,930km (38,564km)

Szybkie spojrzenie na dół mapy wybiło mi z głowy jakiekolwiek myśli o biciu 3 godzin. ostatnie trzy punkty zdecydowanie wolniejsze, trudniejsze technicznie no i koniec z asfaltem. Ale póki co, dojazd na dwójkę stosunkowo prosty. Rosochatka źle mi się kojarzyła z wieczorną eskapadą PKP – centrum zawodów, ale tym razem przemknąłem przez nią w dobrym tempie. Zjazd na dwójkę wydawał mi się pokrywać idealnie ze zjazdem do gospodarstwa. Nie chciałem zasuwać komuś po podwórzu, dlatego poświęciłem kilka minut i pojechałem na około. Po śladach opon było widać, że nie tylko ja tak zrobiłem. Przy samym punkcie przejechałem ścieżkę w którą miałem skręcić, ale szybko wróciłem na właściwą drogę i znalazłem punkt (dzięki opisowi na karcie).

 

6 (2) – 7 (3)

7Czas: 24’02” (2h 43’10”)
Dystans: 6,027km (44,591km)

Z dwójki wracałem drogą, którą ominąłem jadąc na ten punkt. Okazało się, że rzeczywiście droga przebiega przez podwórze przy domu. Nie obeszło się bez histerycznie szczekających pysków naszych czworonożnych „przyjaciół”. Bliżej punktu nr 3 zaczęło mi się coś nie zgadzać. Kilka dobrych minut spędziłem na skrzyżowaniu, próbując przypasować je do tego, co widzę na mapie. Postanowiłem pojechać „na czuja”. Kierunek mi się mniej więcej zgadzał. Później z tym kierunkiem było już gorzej, ale dalej wierzyłem swojej intuicji. Poczułem ogromną ulgę, znajdując punkt. Najście na niego było kompletnie bez panowania nad mapą i z ogromną niepewnością. Teraz jak patrzę na ślad gpsa naniesiony na mapę, to nie mam pojęcia jak to się stało, że pojechałem taką trasą. Bardziej podejrzewałem, że jechałem przez Wądoły.

7 (3) – 8 (4)

8Czas: 25’39” (3h 08’49”)
Dystans: 7,110km (51,701km)

Z trójki na czwórkę – ostatni punkt. Potem już tylko do mety. Myśl o końcówce trasy bardzo motywowała. W nogach ogromnie dużo powera, mimo że ból był już wyraźnie odczuwalny na podjazdach (swoją drogą, bardzo płaska trasa). Na samym początku ominąłem mały skrót, ale w ogóle się tym nie przejąłem. Przejazd przez tory, kawałek z górki i dłuuuga prosta aż do wlotu „grubasa” z tyłu z lewej strony. No i dojechałem do tego zjazdu, gdzie mam skręcić w prawo, ale patrzę na mapę i coś się nie zgadza. Pomyślałem, że pojechałem za daleko. Cofnąłem się z pół kilometra i dalej mi się nic nie zgadza. Czas ucieka, a ja jeżdżę w kółko jak idiota. Wróciłem na krzyżówkę, na której już byłem kiedy pomyślałem, że pojechałem za daleko. Dalsze 2 minuty gapienia się w mapę spowodowały to, czego nie lubię najbardziej – muszę solidnie puknąć się w łeb! Patrzyłem na drogę, jadącą przez Laski, a nie na tą, którą rzeczywiście jechałem. Na zegarku jeszcze sporo czasu, więc spokojnie już dojeżdżam do czwórki. Chwilę niepewności miałem już przy samym punkcie. Punkt był nie na skrzyżowaniu przecinek, tylko kawałek dalej, na końcu przecinki.

8 (4) – meta

9Czas: 25’41” (3h 34’30)
Dystans: 6,669km (58,370m)

Dobra nasza! Mam zapas czasu, wszystkie punkty na karcie, która już prawie w dwóch kawałkach wylądowała w tylnej, zapinanej kieszonce (nauczyłem się chować kartę w zapinane kieszonki po Manewrach SKPT, gdzie biała karta zaginęła w białym śniegu przez co do dziś jestem wyśmiewany przez brata i szwagra). Teraz dopiero uświadomiłem sobie dobry wybór kierunku pokonywania trasy. Daleeeeko i prosto! Nawet jak przejadę krzyżówkę, to dojadę do asfaltu i też będzie OK. Szkoda tylko, że droga nie była zbyt przyjaźnie do mnie nastawiona. Nie schodziłem już z najmniejszej zębatki z przodu. Ogromna kadencja i jakoś utrzymałem w miarę solidne tempo. Ostatnie metry już po asfalcie. Końcówka do mety w ogromnym tempie, żeby trochę się dojechać. Lubię czuć to satyfakcjonujące zmęczenie na meci.

Trochę szkoda, że już się skończyło. Było miło i przyjemnie. W odróżnieniu do marszów, mało czasu było na myślenie o przysłowiowej dupie maryny. Trasa mijała szybko i ciekawie. Rower do mycia, ja do jedzenia. Po drodze spotkałem dwóch zawodników, dowiedziałem się, że wygrałem. Prysznic obiad. Na rozdanie nagród dojechał już Krzysiek i Łukasz (brat i szwagier). Okazało się, że jako jedyny pokonałem pełną trasę. Ta radość jaką nałapałem na trasie, a przy okazji świetny wynik na pewno zmotywują mnie do dalszych startów na TR-ach (do zobaczenia 13 kwietnia na mieszanym Harapaganie!) Tymczasem rower w odstawkę i za kilka godzin start nocnej trasy pieszej.

 

Dystans: 58,370km
Czas: 3h 24′ 30”
Śr. prędkość: 17,6 km/h
HR:  185(max) 164(av.)
endomondo: http://www.endomondo.com/workouts/267158238/7170443

Mapa w całości ze śladem GPS

cala

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *