Szago – rowerem

Udostępnij:
Share

logo

Jesienne Szago już od kilku lat staram się mieć w swoim obowiązkowym grafiku na każdy rok. To tu w końcu 4 lata temu postawiłem swoje pierwsze kroki na jakieś dziwnej, mało dokładnej, czarno-białej mapie, z czołówką na głowie, którą nieopatrznie zasłaniałem sobie… czapką. Punkty były jakoś dziwnie pochowane, do tego było ich więcej, niż powinno. Biegłem jak oszalały, podbijając pierwsze lepsze lampiony, kiedy na mecie się okazało, że czas na takich zawodach jest drugorzędny, najpierw podliczają punkty karne za podbijanie punktów mylnych i stowarzyszy… Dziwną minę musiałem mieć. Przypomina się anegdotka Jarka Bartczaka, krótko po tym jak przeskoczył z orientacji sportowej na marsze, który dzwonił do znajomego w środku nocy, pytając, co znaczy „LOB” na mapie. Niezły przeskok z orientacji sportowej, kompletny szok. Ale za to na mecie wspólne ognisko, spotkanie w bazie ludzi mających tą samą pasję i tak samo lubiących biegać po nocach w lesie, zamiast snuć się po wielkomiejskich klubach i zasiadywania przed telewizorem. Haczyk połknięty, uzależniłem się… Miło się wspomina, ale przejdźmy do rzeczy, bo Szago z roku na rok daje więcej powodów do zaliczenia tych zawodów do najważniejszych w roku nie tylko ze względów sentymentalnych.

Szago jako chyba jedyne w kalendarzu PMnO zawody w bliżej nieokreślonej okolicy daje możliwość startu na rowerze i w butach biegających (no nie licząc mieszanej trasy na Harpaganie). Już dwa lata temu skorzystałem z tej okazji, przypadkiem wygrywając TR50 (LINK) i potem startując na TZ22 (4 miejsce). W tym roku harmonogram zawodów był prawie identyczny – rano start rowerowy, kilka godzin przerwy i start pieszy. Razem z drugą połówką „Lewy Team” – Krzyśkiem przyjechaliśmy dzień wcześniej, co by rano w miarę ogarniętymi wstać i wsiąść na nasze dwukołowe maszyny. Rano wstaliśmy z lekko odczuwalnym bólem głowy. Teoretycznie, przed zawodami, czułem się mocniejszy od brata i od razu ustaliliśmy, że jedziemy razem, ale jak ktoś ma jakiś inny pomysł na wariant, to nie zastanawiamy się, tylko jedziemy swoje.

fotoTak czy inaczej w sprawie kolejność obierania punktów byliśmy jednoznaczni, więc mimo pożyczonego „kasku” będącego w rzeczywistości hełmem, w którym wyglądałem jakbym miał zaraz wsiąść na BMX’a, po sygnale „START” ruszyliśmy z kopyta okiełznać nasze rumaki.

foto2Start -> 1 (9)
4,58km
00h 19′

s-1Bolące delikatnie głowy od razu dały we znaki i ruszyliśmy naokoło, nadrabiając troszkę drogi, ale i tak wyjeżdżając z Osieka przed resztą, która obrała ten sam wariant. Ostre depnięcie asfaltem, troszkę z mojej strony niepewne odbicie w szutrową drogę. I już poczułem, że jak hełm taka jazda – czułem się co najmniej jakbym prowadził dwukołowy czołg na szprychach z otyłym kierowcą za sterami (mimo moich 65kg wagi). Już tutaj poczułem, ze to nie będzie mój dzień, no ale adrenalina dawała swoje i jakoś przesuwałem się do przodu. Przed odjazdem na punkt pognaliśmy za jakimiś dwoma zawodnikami, jednak szybko zawróciliśmy na dobrą drogę, bo coś nie grało. Dojazd do punktu był bardziej dojściem, brnęliśmy z Krzyskiem wzdłuż skraju lasu w tempie piechura, ale chociaż wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Punkt ładny, widoczny – to lubię na rowerowych, żeby trochę się pościgać – od grzebania przy mapie z dokładnością sapera są wytwory takie jak trasy piesze.

1 (9) -> 2 (8)
7,54 km (12,11 km)
29′ (00h 48′)

1-2Odjazd z Pkt 9 na zachód – na pewniaka, nawet się nie zastanawiając, a dalej – zobaczymy jakie  będą drogi. Z naszymi włoskimi Lazaro, piasek nie jest byt dobrym wariantem. Jednak wszystko zmieniło się po ujrzeniu pięknych, rozległych wycinek, których na mapie oczywiście nie było. Tutaj rozdzieliłem się z Krzyśkiem, pojechałem prosto, on odbił gdzieś w lewo. Ja dalej jakoś krzywo na kompas chyba spojrzałem i pojechałem droga, którą już dojeżdzałem na pkt 9. No trudno, nie będę się już cofał, a nie było tragedii, bo nie było tu piachu. Potem kawałek przez łąki do asfaltu i dalej już „z górki”. Ładna, utwardzona droga, nawet gdzieś z przodyu dojrzałem sylwetkę Krzyśka. Tak nawet trochę sie do niego zbliżałem. Na rozwidleniu przed Radogoszczem (Rodogoszczą?) ja odbiłem w kierunku wioski, on pojechał bardziej zachodnią stroną. W miejscu gdzie nasze drogi się krzyżowały, wyjechałem jednak przed nim i do punktu już jakoś razem udało nam się dojechać. Ten był przyjemnie ustawiony w oczywistym miejscu.

2 (8) -> 3 (6)
8,07 km (20,18 km)
64′ (01h 51′)

2-3Dalej odjazd na wschód, po dojeździe do krzyżówki szybka korekta wariantu i postanowiłem pojechać przez wioskę. W wiosce tej pobiłem rekord prędkości, zdecydowanie. Jeden pies po lewej stronie, drugi pies po prawej. Stara metoda – opluj je! Oplułem jednego – uciekł, oplułem drugiego – chyba jeszcze się bardziej wkurzył. Wytrzymały był skurczybyk, bo tak pędząc z 50 km/h chyba dojechałem aż do lasu. I tu się zaczęło. Zero skupienia, bo punkt oczywisty. Kompletnie nie wyczułem odległości (nie bawię się w mierzenie odległości licznikiem, a chyba powinienem). No i tak odbiłem w miarę pewną przecinkę. I jadę, i idę, a punktu nie ma. Widziałem za to masę punktów z tras pieszych. Pokrążyłem tu okropnie po terenie (swoją drogą – ładne miejsce widziałem). Doszedłem do wniosku, że lepiej nie szukać miejsca gdzie jestem, tylko lepiej znajdę krzyżówkę ze słupkami ograniczającymi kwartały w lesie – dłuuugo się naszukałem. Słupki były wszędzie indziej w lesie, tylko nie w tym rejonie. Skonsultowałem się nawet z jakimś piechurem, ale ten odesłał mnie jednak w zupełnie nie tym kierunku. W końcu odnalazłem słupki! I po słupkach do celu. Jakąś „niby-przecinką” wprost na punkt. Choć przecinka, to za duże słowo na ten leśny twór, którym „jechałem”. Tu już punkt moim zdaniem bardziej na trasy piesze jednak, bo dojechać było tam bardzo ciężko. Nie zmienia to faktu, że morale spadły już do zera.

3 (6) -> 4 (7)
6,38 km (26,56 km)

3-4Z dalej bolącą głową, ciężkimi nogami, hełmem na głowie i moralami opadniętymi do zera, spacerowym tempem ruszyłem w kierunku kolejnego punktu. Tak jak się uspokoiłem, tak orientacja zaczęła lepiej mi głowie działać. Odbiłem z dosyć dobrej wg mapy drogi w przecinkę, bo na przecince nie widziałem hałd piachu, a nie miałem ochoty się z nimi borykać. Po odbiciu pozostało mi tylko liczyć przecinki (ogólnie w lesie przecinki wyglądały jak drogi, a drogi jak przecinki…) Do tego numery kwartałów się zgadzały, więc odbiłem na południe już bardzo pewnie, a sam dojazd do punktu prowadził w przepięknej scenerii. Sam punkt w ciekawym miejscu, a i dojazd w końcowej części dosyć utrudniony. No ale sprawnie w końcu go znalazłem.

4(7) -> 5 (5)
4,97 km (31,53 km)
23′ (02h 43′)

 

Przywitałem się z podbijającymi punkt zawodnikami, z czego jeden smakowicie zaciągał sobie dymka z papierosa i ruszyłem dalej. Tak wyluzowałem tempo, tak nie miałem sił, że kolega z papierosem dość szybko mnie dogonił, chwilę porozmawialiśmy i pojechał sobie najzwyczajniej w świecie do przodu… Dojazd do kolejnego punktu oczywisty, ale mi zamiast jechać naokoło, zachciało się „skracać” drogę przecinką. Tempo średnie rowerem – takie jak na późniejszej trasie pieszej. Sam punkt zlokowalizowałem bardzo szybko, ale było przy nim chyba z 10 osób – widocznie tu się spotkali zawodnicy z obu wariantów – czyli jest pewnie półmetek. Sam w sobie punkt był sprytnie schowany w dole, więc mimo tego tłumu w okolicy, nie widziałem go na pierwszy rzut oka.

5 (5) -> 6 (4)
6,64 km (38,17 km)
35′ (03h 17′)

5-6Odjazd z pkt tą samą drogą co dojazd – dziury, wyrwy, wertepy, kępy trawy i kawałki piachu. Ogólnie cudo! Dojechałem w końcu przecinką do asfaltu i mogłem wyprostować trochę kości. Na chwilę… Zjazd z asfaltu w kierunku punktu i już ludzie z niego wracający ostrzegają, że jest ogólnie hardcore. No i tak jadę, jadę i wygląda to w miarę dobrze. Aż tu w końcu „jeb”. Rower powędrował na ramię, i niechętnymi do współpracy nogami musiałem podreptać przez środek lasu, wzdłuż rzeki do jakiejś takiej dużej góry. Góra ta była dość daleko i trochę sił się zmarnowało na to chodzenie. Opis punktu dodatkowo mnie zmylił, bo czytając o zachodniej stronie, szukałem uparcie po wschodniej stronie. Trochę się za daleko zapędziłem, czesząc las z kolegą od papierosa, ale w końcu szybko się odnalazłem i podbiłem punkt. Jak się okazało… mój ostatni.

6 (4) -> 7 (3)
7,13 km (45,29 km)
47′ (04h 05′)

6-7Jako, że miałem już dość, a meta co raz bliżej, pojechałem jak najszybciej (byleby nie tą samą drogą co przyszedłem) do asfaltu i asfaltem jak najbliżej punktu. Dobre są te asfaltowe odcinki – niby nudne, ale człowiek może się najeść, napić, ogarnąć trasę, kiedy kilometry dalej mijają. Najedzony i napity odjechałem na pkt3 w las. No i się zaczęło znowu. Upewnić się chciałem tylko, jaki opis punktu dokładnie. Opisy były na karcie kontrolnej na której podbijałem wszystkie dotychczas punkty na których byłem. No i tak szukam tej karty i szukam… i nie ma. Morale spadły już poniżej zera… No ale nic, podbiję chcociaż ten punkt i wrócę do bazy, co by mieć siły na późniejsza pieszą trasę. Teren niby się zgadza, a jednak coś nie bardzo. Któryś z zawodników mówi, że go przed tym punktem ostrzegali, jakiś inny też twierdzi że nie ogarnia. Widząc, że drogi w tym rejonie tak średnio się z mapą zgadzają, wróciłem do pewnego miejsca i na punkt naszedłem w końcu pewnie po wzniesieniach, które z południa idealnie naprowadzały na miejsce w którym był punkt (kolejny raz nie nazwałbym tego przecinką). Ostatni punkt podbiłem na mapie, żeby chociaż być klasyfikowanym.

7 (3) -> Baza
11,74 km (57,03 km)
40′ (04h 44′)

7-mZmęczony, zrezygnowany, bez karty, wróciłem pewną drogą do asfaltu i dłuuugą drogą (cały czas pod górkę, a co!) wróciłem na tarczy i na rowerze do bazy. Krzysiek dojechał kilkanaście minut wcześniej, zdobył komplet punktów i nie zgubił karty. Czyli w skrócie mówiąc wygrał! Debiuty na Szago sprzyjają zwycięstwom :-).

Szkoda tej zgubionej karty, bo mimo ogromnego błędu na pkt 6, z kompletem punktów kręciłbym się w okolicach podium. Gdybać może każdy, to zdecydwanie nie był mój dzień.

Na koniec mały komentarz co do trasy. Jadąc na rowerowe zawody spodziewam się troszkę więcej jazdy, niż spacerowania z rowerem. Dwa lata temu wszystkie punktu były dostępne „drive-in”, jakoś bardziej mi to przypadło do gustu, tym razem takich drive-in to przypadała mniej więcej połowa. No ale o gustach się nie dyskutuje :-). Niedokładność mapy, przy perfekcyjnych lokalizacjach samych punktów kontrolnych zweryfikowała moje braki w orientacji i w wyczuciu terenu. Najsłabszym ogniwem w tak skomplikowanym starcie, jak rajd na orientację, byłem tym razem zdecydowanie ja sam.

Tak czy inaczej jestem dość zadowolony ze startu. Dojeżdżając na metę czułem się jak po rowerowej setce. Hełm na głowie motywował do walki, ale jednak powróciłem na skrzypiącej od piachu i trzeszczącą przy zmianie biegów tarczy. Taka lekcja pokory przydaje się każdemu.

Po dojechaniu na metę mogłem się szybko umyć w jeszcze ciepłej wodzie, zjeść przepyszną zupę (za to naprawdę ogromne dzięki, była świetna!) i położyć się na parę godzin odpoczynku przed startem na trasie pieszej 50km, o czym w kolejnym wpisie :-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *